środa, 11 lipca 2018

Zginęła pochłonięta dorosłym życiem i innymi bzdurami

Okazuje się, że dałam się wkręcić w kołowrót tzw. dorosłego życia i zanim się zorientowałam, straciłam kontrolę nad czasem wolnym i życiem. To znaczy życiem nieprzeżartym korporacją – najwyraźniej jednak dałam się złapać w pułapkę. Siedzę ponad normę, wyobrażam sobie pieniądze i zajmuję się analizą ogromu wirtualnych danych, gram w cyferki, żeby kwoty się zgadzały. Na wiosnę ocknęłam się na chwilę i w przypływie potrzeby sensu wzięłam jedno, drugie i trzecie zlecenie korektorskie, żeby czuć satysfakcję, że coś, co zrobiłam, miało sens, było ciekawe i cieszyło ludzi czym innym niż przelew lub deklaracja podatkowa. Bo takim rodzajem biurwy jestem. Pracując z językami przodków. Więc, podsumowując, w czasie wolnym jestem już na tyle zmęczona, że nie wiem, kim jestem, i spędzam całe godziny, oglądając wszystkie dostępne nagrania Joan Rivers. Jeden z moich normalnych wieczorów, to znaczy po tym, jak już po powrocie z pracy odleżę godzinę niczym zdechła larwa albo inna rozjechana rozgwiazda, to ten spędzony z jedną z moich idolek. Polecam Joan Rivers abroad in London. Ogólnie nie obchodzi mnie, jak przepadają jakieś Michaele Jacksony, Ejmi Winehouse czy nawet Davidy Bowie, ale z Joan Rivers zrobiło mi się przykro. Przynajmniej żyje dalej w mojej psychice jako czynnik mobilizujący do życia. Lub jako sygnał, że coś z moim życiem nie tak, skoro zatapiam się na kilka godzin w starych programach.

Czas wolny mi nieco przepadł, przecież kiedy tu wziąć urlop, skoro jest się niezastąpioną, mówiąc w językach wszystkich przodków i będąc taką wspaniałą! Przecież kto zrobi tyle co ja, tym bardziej, jak wszyscy odeszli z pracy i MGNN została sama, taka niezastąpiona! W tejże sytuacji MGNN myśli, że powinna dostać zwolnienie lekarskie na atak histerii. miejscu pracy, bo tego już nikt nie zakwestionuje. Doprowadzona do ostateczności jest świetna w histerii.

Dobrze, że jeszcze tylko siedem lat do emerytury!

W ostatnich dniach też nieco odtajałam, drylowałam wiśnie i przypomniało mi to, co jest w życiu istotne. Za dwa tygodnie zamierzam też w końcu wymusić urlop i wybrać w strony rodzinne po całych miesiącach niebytu.

Powinnam się pewnie zaniepokoić, skoro wszystkie ostatnie notatki były o tym, jaka to jestem zmęczona pracą, ale po chwilowym niepokoju uznałam, że to cena, jaką się płaci za poczucie bezpieczeństwa i zapewnienie sobie jakiegoś spokoju na późniejsze lata. Wszystko zaplanowałam na tę emeryturę za siedem lat. Zostało mi parę szczegółów, na przykład jak przemówić sobie do rozumu, że domek letniskowy to nie jest rozwiązanie na starość.

Z nowości to jeszcze zrujnowałam się na samochód, wymuszając na S., żeby zapłacił co najmniej jedną trzecią, ale samochód po miesiącu się zepsuł i stoi bez wieści w warsztacie, więc jestem rozbawiona, że życie i tak zrobiło jak zawsze.

Z satysfakcjonujących rzeczy to kupiłam niedawno okazyjnie trzy wielkie słoje suszonych pomidorów w oleju, choć jeden stłukłam, co było bardzo przykre, ale pozostałe dwa słoje zagłuszyły żal. Dostałam obrazek z feniksami. Przeczytałam książkę dla dziesięciolatek i takiej literatury potrzebuję. Zrobiłam (a właściwie zrobiła O.) wiśnie na nowe sposoby, nie na tajemnicę babuni. Posprzątałam niemal całą piwnicę. Przeczytałam kolejną książkę o ewolucji życia, żeby umieścić się we właściwej perspektywie. Normalnie powiedziałabym swojej ewentualnej psychoterapeutce, że bardzo lubię swoje życie, a ona by pewnie odparła "Jakoś pani nie wierzę, wyczuwam jakiś fałsz w tych słowach, czy nie próbuje się pani sama przekonać?". Oczywiście! Nawet mi się w miarę udało.

środa, 17 stycznia 2018

Pragmatyczna i oniryczna, śniło i na jawie

Trzymam się ostatnio rzeczywistości i pragmatycznie dbam o rzeczy codzienne. Właśnie kończę malować pokój, w którym wcześniej wykorzystałam umiejętności remontowe ekipy Maganu-Bud, kładąc gładzie na zniszczonych ścianach nieruszanych od lat 50., a właściwie ruszanych czternastoma warstwami farby, które uprzednio w większości zeskrobałam. W lutym ruszy ulepszanie kuchni, ale to już zrobi tzw. fachowiec, bo gdybym miała jeszcze skuwać kafelki, które niegdyś przykleiłam nieodklejalnym klejem Hobo (Fresh-Squeezed Hobo Glue), oczadziałabym psychicznie. Na podłodze jeszcze pół biedy, bo są na płycie OSB, którą O. przybijała bardzo licznymi gwoździami, ale ze ściany to zejszłyby (bez fachowca) pewnie z tynkiem. Więc tak sobie powoli remontuję, dużo tego i tak nie ma. A jak już wyremontuję, to się wyniosę do lasu (jeśli buk da).

To była część pragmatyczna, a teraz część oniryczna – sen, który nadesłała Baluk.

"Śniło mi się, że byłam u Ciebie (trochę z M., a trochę bez), i:

- pracowałaś właśnie nad animacją, w której występował mały chłopiec (jak patrzyłam Ci przez ramię, to robiłaś mu wielkie, smutne oczy, chłopiec był blondynem), który walczył z Cruellą de Mon, potem ten chłopiec był coraz większy, aż w końcu stał się dorosły i tym chłopcem byłaś Ty;
- miałaś drewnianą, starą szufladę, w której umieściłaś sobie równie stare, płaskie radio tak, że można było chodzić z tą szufladą i słuchać muzyki, bo radio było na zwykłe baterie paluszki, w środku radia była żarówka, więc ładnie się ono świeciło w ciemności;
- byłaś pokłócona z S. i powiedziałaś, że "stało się jeszcze coś", ale nie chciałaś wyjaśniać, dodałaś też, że S. zostawił 50 zł na jedzenie;
- przyjechały jakieś Twoje dwie koleżanki ze studiów i rozmawiałyście o tym, że jesteście w takim teamie, że wymyślacie jakieś rozmówki i je czytacie na głos, i że jesteście w tym najlepsze;
- siedziałyśmy do późna, a właściwie do rana, i Ty powiedziałaś, że musisz jechać do pracy już, a my zostałyśmy i miałyśmy się zdrzemnąć, ale tego nie zrobiłyśmy (za oknem wstawał świt);
- powiedziałaś, że jak wrócisz, to "w końcu pójdziemy na spacer tam, gdzie Ty chcesz";
- ja po raz kolejny obawiałam się, że nie zdam matury (lub nie zaliczę roku, nigdy nie wiem, który to jest to dokładnie etap edukacji), jeśli nie nadrobię zaległości z biologii i/lub matematyki.

A potem M. mnie obudziła 15 minut przed budzikiem, więc nie wiem, co było dalej".

środa, 10 stycznia 2018

Maganuna rozwija narzędzia korporacyjne

Ciągle tylko o zmurszałych murach przeszłości i o śladach, które zasypie śnieg, to dla odmiany scenka rodzajowa z pracy.

Implementujemy innowację (#korpobiurwy).

Sceptyczny kolega: - Ale czy to nie będzie tutaj źle działało, jak damy taką formułę? Czy klient na pewno zrozumie, co ma zrobić z tymi dokumentami? A może to w ogóle inaczej zadziała, jak będzie automatycznie?

Maganuna: - Na chuj drążyć.

Szefowa: - To właśnie chciałam usłyszeć.

sobota, 16 grudnia 2017

Migracje

Mieszkam w Łodzi już miesiąc i się już namieszkałam. Chyba czas się wyprowadzić. Po większości życia na mrocznych bagnach i w jaskiniach nietoperzy, в деревни, nie licząc Costabrava, mogę być pewna, że nie przestawię się na jakieś dziadostwo. Miejskie życie, kina puby kawiarnie koncerty och dużo się dzieje jakie to ekscytujące, w Łodzi teraz tyle się dzieje. Kogo obchodzi dużo się dzieje. Nienawidzę dużosiędziania, јебем ти град. Jak chcę, żeby się coś działo, to jadę do wsi obok do sklepu albo idę na cmentarz. Albo czekam na burzę, albo palę stare meble. И если есть порох, дай и огня. To pewnie na starość się tak robi, ale co z tego. Już pomijam galerię naprawdę potwornych nie tylko antysemickich napisów na murach. Może wszystkie miasta są takie same, a ja po prostu jestem ze wsi. Мрзим Лођ, мрзим градове. Na razie nie mam innej opcji, przynajmniej równie autonomicznej, więc z rok na pewno tu spędzę. Staram się widzieć plusy, żeby nie było: na przykład nie mieszkam w sześć osób i psy, tylko mogę oddawać się samotności. Ciszy nie, bo курве без мозга włączają za ścianą telewizor, który gra głośno do pierwszej w nocy, gdy ja muszę zasnąć wcześnie, żeby bladym świtem dotrzeć do mojej wyrobniczej pracy i jeszcze być skuteczną w mózgu. Волим новац, много денег.

Żeby nie stać w miejscu, oglądam dziwne działki i domy z ogłoszeń. Jako że moje standardy są nieco nietypowe, nie znajduję wiele mi odpowiadających, ale od listopada obejrzałam cztery. Jedna była do niczego, inna nie za bardzo, kolejna miała być ogromną działką ze stawem, a okazała się półtorahektrowym ponurym bagniskiem. Uwielbiam ponure bagniska, ale pod warunkiem że można gdziekolwiek w ich pobliżu suchą nogą stąpnąć. Inna była taka, niemal mnie skusiła, wokół tylko opuszczone domy złe, ale była daleko:

Kiedy dotarliśmy tam z A., robiło się już ciemno. Gdy uchyliliśmy drzwi, z ciemnego pomieszczenia wybiegło martwe zło, które wcześniej pożywiało się tam pierwszym właścicielem, i, ciągnąc za sobą swój szary odwłok, zniknęło wśród drzew.


Gdyby nie było tak daleko…



środa, 25 października 2017

Znamię Szatana

Popołudniem wybrałam się do dermatologa, aby za radą S. upewnić się, czy aby na pewno wkrótce nie umrę, jak się obawiał, jak zwykle (czasem się sprawdza). Dzięki wizycie do wieczora pozostawałam pod wrażeniem diagnozy: MAM ZNAMIĘ SZATANA. Pan doktor nawet powtórzył to z angielską czy też może łacińską nazwą i czułam się wyjątkowo. Zaniepokoiłam się dopiero w domu, kiedy postanowiłam wyszukać w internecie, z czym to się wiąże i czy to bardzo prestiżowe. No i czytam, że bardzo niepokojące, można sobie zresztą łatwo wyobrazić lub sprawdzić, co w sieci piszą o znamieniu Szatana. Po dłuższym bezowocnym przewijaniu poszłam po rozum do głowy i opisałam znamię obrazowo. I co? I ze złością, że to sprawdziłam, odnalazłam znamię Suttona! Gdybym nie była zbyt ciekawska (pierwszy stopień do piekła), pozostałabym w przekonaniu, że mam znamię Szatana! A tak nie mam! Diabli wzięli. (Wygląda natomiast dużo ładniej niż na obrazkach). A doktor powiedział to kilka razy i to naprawdę wyraźnie, byłam pewna. To mniej więcej jak delikatesy, które z wielkim zdziwieniem odczytałam kiedyś jako apokalipsa, albo putas automaticas zamiast puertas automaticas.

Inne newsy: spaliłam z żalem stare szafki, bo uznałam, że nie zrobię z nich nic ładnego. A tu nagle kolega z pracy kupił za półtora tysiąca dokładnie taką samą szafkę nocną przyłóżkową, tylko przerobioną przez artystkę w oczojebny wzór o wysokiej zawartości artyzmu. Wściekłam się na tyle, że aż poszłam wyciągnąć ze śmieci drzwi z lustrem od starej szafy i odarłam już do połowy z politury. Nienawidzę, jak ktoś jest gorszą artystką ode mnie i jeszcze korposzczury mu/jej płacą milijony monet.

Co do dawnych zawodów, to zaczęłam czytać drugą książkę o ewolucji wydaną przez Centrum Nauki Kopernik. Pierwsza była językowo wspaniała, perfekcyjna. A przy tej, większej, wściekłam się po 30 stronach, bo znalazłam 13 błędów i przeszłam w tryb korekty z ołówkiem, a nie układania sobie w głowie, jak powstawał człowiek. Plus jest taki, że rozważam przejście na emeryturę i zajęcie się książkami już po 35-ce, nie 40-ce, chyba że nie będzie już Polski i mało kogo będzie obchodził język polski (ładne połączenie ze sklepem apokalipsa).

Z innych ciekawostek to rozmawiałam niedawno pierwszy raz po latach z chłopcem, z którym spotykałam się w starych złych czasach dekadę temu w Barcelonie. Więc mówi mi o swoim narzeczonym i nawiązuje: "Ma podobne hobby jak ty"; robi pauzę, żebym zdążyła się zastanowić i pomyśleć, że może hmm, literatura bałkańska? gramatyka porównawcza języków słowiańskich? etymologia? postmodernizm? podmioty nomadyczne? a on co po pauzie? "LUBI JEŚĆ I SPAĆ". Kurtyna.

niedziela, 1 października 2017

Nie mam czasu na szycie

Minęły liczne miesiące i nie napisałam nic. Od kiedy jestem korpobiurwą skupioną na zarabianiu milionów monet, nie mam wiele sił na tzw. życie. Jest to w pewnym stopniu powiązane ze spadkiem nastroju wywołanym upadkiem ostatnich celów (jak mam szukać zaginionego domu na wsi, kiedy nie wiem, czy w ogóle za jakiś czas będziemy mieszkać w tym kraju)(ale S. jeszcze nie dostał pracy na Północy ani Zachodzie). Nawet przestałam się chwilowo zagłębiać w sprawy przodków, bo mnie napadło poczucie, że wszystko zawieje, zamiecie. Paradoksalnie wpadłam głębiej w prehistorię przodków, bo po historii życia na Ziemi wzięłam się za ewolucję człowieka i uspokajam się rozwojem hominidów. I nadal nie mam w głowie nic do napisania, bo tylko bym jadła i spała, więc wkleję notatkę, którą szybko skleciłam dla D., kiedy pytała o nowe wpisy. Esencja MGNN z ostatnich czasów:
Wiem natomiast, że to po prostu forma przetrwalnikowa. Na szczęście co jakiś czas wypełzamy na powierzchnię i odwiedzamy świat realny:
(czarci krąg)

 (Nadmienię, że staw w lesie znalazła D., kiedy kiedyś oddaliła się w ustronne miejsce podczas spaceru.)


Najchętniej zaś zamknęłabym się na czas deszczu w domu i zajmowała poprzednimi pracami. Teraz tylko odmówiłam Poważnemu Wydawnictwu, z czym czuję się idiotycznie - jak już zostałam zawodową korektorką, rzuciłam to zaraz w cholerę, bo zapragnęłam milionów monet i stabilności zatrudnienia (korpobiurwa ma stała pensję i jak jest chciwa, to może jeszcze dorobić na nadgodzinach). Więc w formie przetrwalnikowej czekam, aż moje szycie będzie mogło wyglądać np. tak:

środa, 5 lipca 2017

Walizki

Zachorzałam i jestem na zwolnieniu prawie do końca tygodnia, oprócz piątku, bo po weekendzie zaczynam pracę w innym dziale i w piątek chcę pozamykać niedokończone sprawy. Dotychczas większość czasu spędziłam, faktycznie leżąc lub odpoczywając, ale dziś w przypływie przytomności zaczęłam przeglądać rzeczy do przeprowadzki. Uznałam, że i tak nie jest ich wiele, bo zamierzam je zabrać na trzy, cztery kursy samochodem osobowym razem z meblami. Najwięcej miejsca zajmują:

  • książki,
  • 12 gipsowych odlewów Matki Boskiej (płaskorzeźba 20x30 cm),
  • gramofon i płyty LP,
  • samowar,
  • worek cukrów w saszetkach,
  • lampa lawa,
  • figurki Matki Boskiej (walizka),
  • patelnie,
  • naczynia,
  • 3 duże butelki od Pepsi-Coli z czasów PRL,
  • obrazy i zdjęcia,
  • magnetofon szpulowy,
  • szatkownica do kapusty,
  • okno z pokoiku babuni,
  • podświetlany globus,
  • drewniana mapa Europy,
  • kołowrotek,
  • kieliszki (komplet),
  • żmija w formalinie,
Dla własnej satysfakcji i przypieczętowania zmiany, która wciąż do mnie nie dotarła, zrobię zdjęcia tych eksponatów w pustym mieszkaniu już po wakacjach. Zmiana mnie niepokoi, bo to pierwsza wielka przeprowadzka od czasów powrotu na wieś – jesienią miną chyba cztery lata. Odzwyczaiłam się od migracji po chyba dekadzie mieszkania w stu miejscach i zmieniania miejsc częściej niż raz w roku, przyzwyczaiłam się do spokoju i stałości, a teraz po wspólnych decyzjach i wyborze idę dalej. Niepokoję się, ale jednocześnie cieszę, potrzebuję zmiany. Ciekawe, w którą stronę pójdzie to dalej.