środa, 25 lipca 2012

Podmiot nomadyczny

Zażartowałam sobie, że napisałam w pierwszym rozdziale MGR dużo bzdur o dekonstrukcji, Innym, podmiocie nomadycznym i innych modnych hasłach (wyeksploatowany w poprzedniej pracy fantazmat dyskretnie pominęłam, ale nie sądzę, żeby się nie pojawił w dalszym ciągu), a teraz myślę, że ten podmiot nomadyczny to jest coś i że mogłabym go upchnąć nawet do tematu.

Ponieważ piszę, a przynajmniej udaję, że to robię, nie mam czasu na pożyteczne roboty fizyczne takie, jak fugowanie płytek na tarasie albo Niekończący Się Ogród. Dziś tylko pojechałam dwie wsie dalej do sklepu i na pocztę, przywiązując sprawunki do siedzenia motocykla specjalnymi linkami - wciąż nie stać mnie na kufer, więc skrzynki z czereśniami i wiśniami woziłam w ten sam sposób.

Z nowości kulinarnych: upiekłam brownie, które najpierw miało zakalec, a później przekształciło się w czekoladowy cukier (?!). Zrobiłam również kotlety na bazie kapusty, które wyglądały jak jaja Obcego.

Poza tym bieda, ale pomidory już rosną w folii:)

niedziela, 8 lipca 2012

Śniło śmierci


Nie mam nic do powiedzenia, więc szukając natchnienia przejrzałam dzienniczek snów i okazało się, że są dość przykre, lecz momentami ciekawe, jeśli przetrwa się te przykre. Na początek fragment książki, później trzy ostatnie sny. Dla widzów o mocnych nerwach. Zastanawiałam się, czy je tu umieścić, ale pomyślałam, że piszę ostatnio tylko o dżemach z czereśni i przydomowych ogródkach, a to nie wszystko, więc wot są.

"Przed czternastoma laty, nie, przed szesnastoma, zmarł mój ojciec. Umarł szybko, w okamgnieniu, jak mówiła matka, choć ja byłem przekonany, że umierał powoli, latami, i że zaraził się śmiercią w tym samym momencie, gdy znalazł się za drutem kolczastym niemieckiego obozu dla oficerów wziętych do niewoli. Matka oczywiście zaprzeczała. Umiera się tylko raz, mówiła, nikt nie krąży wokół niczym żywy trup. Moi przyjaciele stanęli po jej stronie. Patrzysz na historię, mówili, niby jakiś romantyk, a na los jak na pastoralny obrazek, na którym gdzieś z boku czyhają złe duchy. Nie, odpowiadałem, są nici, które wiążą człowieka z momentami przełomowymi, kiedy dusza ustępuje, a później życie jest już tylko obracaniem wrzeciona, póki nić nie dotrze do kresu, nie napręży się i nie wyrwie duszy z jej, brak na to lepszego słowa, marnej powłoki. Przyjaciele tylko machali rękoma, matka nalewała rakii do kieliszków, kobiety przynosiły z kuchni gorące rogaliki z serem. To było już po pogrzebie."

David Albahari, "Mamidło"


*

Przez sen przetoczyła się kolejna fala zgonów. To słowo było dobre, ponieważ bezskutecznie dzwoniłam na pgotowie, a za każdym razem odbierał kto inny i ktoś niewłaściwy, w końcu odebrała nawet Zorana i podała mi jakiś serbski numer od swojego ojca. Musiałam się spieszyć, choć właściwie nie wiedziałam, po co, skoro dziwna kobieta już i tak nie żyła. Prawdopodobnie dostała zawału albo czegoś jeszcze bardziej śmiertelnego. Teoretycznie była moją babką, jednak kilka dni wcześniej przeszczepiono jej mnóstwo narządów jakiejś dziewczyny, która zginęła na rowerze, więc babka-nie babka wyglądała jak kto inny. Młoda dziewczyna. Jednak i ona teraz była martwa. Dzwoniłam i dzwoniłam bezskutecznie, siedząc na szczycie schodów w domu w Kosmogrodzie, gdy pojawiła się moja rodzina z zamierzchłej przeszłości, czyli .............................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................. Nic się niestało, powtórzyłem, wściekle go wyzywając. Weszła Olka z trwałą, jaką miała tylko raz prawie dwadzieścia lat temu, ubrana w fioletowy kszmirowy sweterek. ....................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... Było to dość straszne i po jakimś czasie skończyło się Śniło.

**

Śniły mi się dziwne rzeczy, bardzo długi sen w K., pomieszane czasy, ktoś z rodziny przyjechał warszawą, były różne pory roku, wiosna, zima chwilę, palenie w piecu. Dużo snu we śnie, spanie pod pierzynami w chłodnym pokoju, w pokoju sprzed lat, stare drewniane podłogi, ściany. Babcia mówiła przez sen, że dzieci siedzą w popiele. Nie mogła się obudzić, i to nie tylko ona. Wszystkie pokoje były sprzed lat, jak byłam dzieckiem. Ostatecznie zaczęły się przygotowania do pogrzebu i zrozumiałam, że skoro zapalają świece i wynoszą różne rzeczy, to znaczy, że umarł Đ. Widocznie był w szpitalu, a mnie się zrobiło źle, bo nawet w tym śnie nie pamiętałem, żeby sprawdzić, gdzie jest. Đ. nigdzie nie widziałem, były tylko długie i przytłaczające przygotowania do pogrzebu, i sen, i dziwny moment przed świtem, i wieczorem, i deszcz i szarość na dworze, i wysokie drzewa pełne liści zasłaniały powietrze, i deszcz padał między domem a stodołą, ktora jak zawsze czerniała w deszczu, na co dzień szara i spłowiała.

***


Pewnego październikowego wieczoru zasnęłam wieczorem, śniło mi się kilka letnich wieczorów w Z. T. po jakiejś dłuższej historii stracił nogę. I. miała długie włosy i zrobiła trwałą. Gadałem z T., przyszedł jakiś face po siłowni i T. powiedział, że to nasz jakiś niby wujek, który ma faceta. Gadałam z T. o różnych sprawach, o tym, jak będziemy teraz grać w piłkę. T. miał krótkie spodenki pomarańczowo sprane i nowoczesną protezę nogi, nie wyglądało to w ogóle źle i nie był załamany, choć mówił rzeczy typu "wiesz co ja musiałem dzisiaj przeżyć". Była też jakaś sprawa z Lepperem, który miał coś podobnego i nie żył (jak i w rzeczywistości). Później lub wcześniej robiliśmy pierogi na obiad, były ładne, z papieru. Babcia ulepiła pieroga w kształcie wieloryba.

wtorek, 3 lipca 2012

Miałam farmę w Afryce

Spędziłam wczorajszy dzień w sadzie udając, że jestem prawdziwą rolnicą. Przyznam, że po południu ogłupiała słońcem, połaciami skrzypu i drzewami owocowymi ciągnącymi się po horyzont stwierdziłam, że dopiero teraz czuję, że żyję. Pewnie po całym lecie zbiorów bym zwariowała, ale na razie myślę o różnych pięknych książkach, których akcja toczy się w Afryce albo na południu Ameryki.

Sytuacja:
Mgnn siedzi na czereśni i rwie czereśnie. Drogą polną jadą Rowerzysta-rolnik i dziewczynka w wieku lat, hm, może 8, może 10, ostatnio nie rozróżniam.

Dziewczynka: - Pani siedzi na drzewie, może powiem dzieńdobry?

Rolas-rowerzysta: (pół do siebie, pół do dziewczynki, trzecie pół w eter) - Dzień dobry dobry, ale chuj mi po nim?