Śniadanie już zaginęło w mroku dziejów, ale kawa z kafeterii to zawsze porządna wartość. Chyba, że wykipi. Inne nazwy, które słyszałam na określenie tego małego zaparzacza, to np. maquinetka. Jeśli ktoś nie wie, co to, to należy obejrzeć film pt. Kobiety na skraju załamania nerwowego, i tam jedna z pań ma kolczyki w kształcie kafeterii. Marzę o takich od lat, niestety, chyba musiałabym napisać do samego Almodovara z pytaniem, gdzie takie kupili. Więc kawa się gotuje na gazie, a ja czekam, myśląc. Kolejny dzień regularnie myślę o Marcie Konarzewskiej, ale nie mam nic pożytecznego do dodania. Więc myślę też między innymi o tym, że w mleku do kawy pełno jest konserwantów, i że słowo to I. pomyliła ostatnio z przetrwalnikami, z czego wyszła dość niebezpieczna konstrukcja semantyczno-biologiczna.
Kawa gotowa, odrywam się od mojego bełkotu i wracam do pisania artykułu o żeńskiej końcówce.