piątek, 17 stycznia 2014

Jakbyście nie wiedzieli, co to jest orzeczenie modalne

Sytuacja z pracy, MGNN tłumaczy w pośpiechu, dlaczego nie ma być przecinka w pewnym zdaniu:
 - Nie oddzielimy tego przecinkiem, bo to nie jest zdanie złożone. Tam jest orzeczenie modalne, czyli te wszystkie czasowniki tworzą jedno orzeczenie: na przykład Wolę pływać niż wymiotować.
(zapada cisza, kurtyna)

Rozmowa Maganuny z dentystką

MGNN: - Bo ja odkryłam właśnie, że mam dziurę w ósemce. Nic mnie nie bolało! Aż wypatrzyłam w lusterku dentystycznym.
Pani lekarz dentystka: - Faktycznie, jest duży ubytek. [Wkłada szpikulec.]
MGNN: - AAAA!
PLD: - Ciężko się tu dostać (...), nie uczestniczy w zgryzie (...). Z drugą ósemką będzie tak samo
MGNN: - Nie jestem do tych konkretnych zębów jakoś szalenie przywiązana.
PLD: - Wypiszę skierowanie na usunięcie, na tą drugą też.
MGNN: - I można je tak za jednym zamachem?
PLD: - Nie, to nie byłoby wskazane.

środa, 11 grudnia 2013

Święto Domowego Ocieplenia

Nastąpiło. Nareszcie. Wyczekiwane. Po za długim czasie ogrzewania chałupy piecem kuchennym dziś opaczność zesłała nam spóźnione centralne ogrzewanie. Nie jesteśmy już prawdziwymi ludźmi wsi i lasu, nie musimy już, jak przez całe moje dzieciństwo i wczesną młodość (?), palić w piecu w każdym pokoju, a rano oglądać wodę do kwiatków zamarzającą na parapetach. Wygraliśmy! Cywilizacja dotarła i pod nasze kryte blachodachówką strzechy. Nieocieplone, bo dopiero zaczynam pchać wełnę między krokwie. Na razie nad sufit nad salonem, który nie jest salonem i spełniałby jakąkolwiek funkcję, gdyby zasypać go śniegiem. Na razie stoją w nim odkorniczane meble, drewniana mapa Europy, kosiarka, różowe meble ogrodowe i inne rupiecie. Jakbyście już zapomnieli, bo ja zapomniałam, to zaczęłam od tego, że minęły czasy prababek i mamy już centralne ogrzewanie. Kiedyś też je mieliśmy, ale padło. W każdym razie od powrotu z pracy czuję się, jakby było święto. W domu ciepło, nie tylko przy piecu, najadłam się, napiwszy, zjadłam dużo słodkiego, siedzę. Zadowolona, pokrzepiona i krzepka. Zadowolona. W cieple. Jadłam, powtarzając pod nosem "jedzenie jest smaczne, jedzenie jest dobre". W cieple. Dobrze, bo zużyłam już wszystkie stare mysie gniazda, których używałam do rozpalania. Potem zaczęłam palić kawałkami dostanej niegdyś, chyba na 22 urodziny, trumny z wytłaczanek do jajek, którą pewien zacny młodzieniec ukrył wtedy na zapleczu ś.p. kina Cytryna. Pewnie nie czyta blogów, ale jakby, to może się ucieszy, że trumna na strychu przetrwała wiele, a nawet co poniektórych, a teraz zamienia się w energię i ulatuje do Kosmosu. Straszne brednie, co nie? Uwielbiam brednie. I jedzenie, i ciepło, i jeść, i spać.
O rety, rety, jestem strasznie zadowolona, ciepło to jedna z moich ulubionych rzeczy. Jestem tego warta.

PS Ciekawa jestem, czy to nie kompromitacja, jeśli na blogu korektorki sadzę literówki, których nie chce mi się potem poprawiać, nawet, jak je widzę. To chyba wyraz buntu po godzinach spędzonych w pracy oraz w domu przy pracy.

czwartek, 7 listopada 2013

No soy antisocial solo odio a la gente

Łiii, krzyknęła Maganuna, schodząc na ziemię.
Przypomniało jej się, że chyba nie lubi ludzi.
Przynajmniej zdecydowanej większości. Powiedzmy 90%. Większość ludzi to bydło - może to oczywistość, ale zapomniałam o niej i nie pamiętałam, dopóki nie założyłam niedawno na nowo fejzbuka. Mało się wyrzygałam - tuski żydy gmo pedofilia kościół homozydomasoneria. Ja wiem, wiem, mam co chciałam, skoro dodaję tyle osób, bo niby kontakt, bo niby patrzę, co u nich, a sama nic nie umieszczam - coś za coś. Ale litości. Pododawałam ludzi z pracy i WNET! Wrzucają totalne pierdololo i zaczynam z tym dyskutować. Potem myślę, niech was piekło pochłonie, јебем вам прву врсту на сахрани, po czym wracam do myślenia, że najchętniej:
1. byłabym bogatą dziedziczką i nie musiałabym pracować;
2. zostałabym wtedy artystką dowolnego rodzaju, dla przyjemności;
3. rozmawiałabym tylko z inteligentnymi ludźmi (choć i tak rozmowę uważam za przereklamowaną);
4. sadziłabym lawendę;
5. mieszkałabym daleko od szosy; nie nudzę się sama, a żyjąc w spokoju, chętniej wyszłabym czasem "na miasto";
6. nadal trzymałabym na wszelki wypadek siekierę pod łóżkiem (skoro musiałam oddać strzelby po nieboszczku ojcu);
7. wyszywałabym ręczne robótki z napisem homożydomasoneria, w celu nachalnej promocji;
8. w co drugi wikend jeździłabym do Castelldefels, żeby czytać na plaży, nawet sama, jeśli Z. znowu byłaby zbyt zajęta psami, bo S. i tak nie lubi słońca ani wody;
9. obierałabym ziemniaki albo nawet wyrzucała gnój, lubię wysiłek fizyczny i dobrze znoszę zmęczenie, a ludzi nie.

Muszę wypracować nowe strategie radzenia sobie z ludźmi, a raczej z głupotą; może wybuchać śmiechem w twarz? Nosić siekierę? Skasować fejzbuka? Nie zamierzam nikogo przekonywać do swoich poglądów, szkoda mi czasu, nie jestem typem walecznego wychowawcy. Nie chce mi się już marnować życia na kucie betonu, chciałabym żyć w cywilizacji, jestem tego warta.

A żeby nie było, że sączy się senny blask szarego światła, krople się tłuką o okno i wpisy gorzknieją, wrzucam zdjęcie Bóź, które oświetlają mnie ochronną różową poświatą.

sobota, 12 października 2013

Cien años de soledad

Napisałam podsumowanie mojego życia powakacyjnego i nie spodobało mi się jakoś szalenie. Jedyne, co można zostawić, to "Minęły czasy prababek. Nastały czasy pracy."




piątek, 16 sierpnia 2013

Praca i inne nieszczęścia


Chciałam w tym miesiącu napisać o kilku ważnych sprawach, np. o tym, jak bardzo uwielbiam siedzieć w chłodne popołudnia w śpiworze na pomoście za domem, ale zwykle po południu byłam zmęczona po pracy i tylko siedziałam w śpiworze na pomoście.

(Pomost jest tak naprawdę tarasem, ale zbiłam go z desek wspartych na palach, na wysokości około metra, i wygląda jak pomost, tylko nie ma pod nim wody, chyba że jest deszcz i napada.)

Teraz pragnę podzielić się informacją, że w pracy nagle odpadł mi kawałek zęba - jedynki. W panice powiedziałam, że muszę wyjść, i wybiegłam w kierunku najbliższego zagłębia stomatologicznego. Miałam dużo szczęścia i miła pani zgodziła się mnie przyjąć od razu; po godzinie wróciłam do korektowania. Zalepiła odpadnięty ząb tak, że wygląda na nowszy niż wcześniej. Powiedziała, że niepotrzebnie brałam ze sobą ten kawałek, który odpadł, bo nie będzie go przyklejać, tylko dorobi ze specjalnej masy, toteż został mi dość ładny biały odłamek w kształcie mniej więcej kwadratu. Może A. będzie mogła go wprawić w srebrny kolczyk dla S. lub dla mnie.


Jeszcze pół godziny i ruszam z pracy w podróż na Zachód. Czas zmienić zabór, przynajmniej na wikend.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Praca albo życie - wybór jak zwykle nie należy do Ciebie

Zaczęłam znowu pracować na cały etat - po trzech miesiącach komfortu biednego, lecz pogodnego i bogatego w wolny czas życia półetatowczyni. Wystarczył mi jeden dzień pełen ośmiu godzin niezatrzymanej pracy, żebym jego resztę spędziła, zajmując się tym, co lubię najbardziej (poza jedzeniem i spaniem), patrzeniem na pole za płotem, na ogród, na chmury i inne krzaki. Zimą odpowiednikiem tej czynności jest Wyglądanie Przez Okno (moja ulubiona czynność według S.). Przez dobrych 10 minut myślałam o papierosach, których bez przekonania niepalę, po czym zajęłam się dalszym patrzeniem oraz czytaniem ("Rozminięcia" F. Schwartza, ponownym, po chyba dziesięciu latach). W przerwach jadłam i piłam, co bardzo lubię robić, bo jest to strasznie przyjemne. O. zrobiła ruskie pierogi i zostawiła na szafce przyczepiony sztucznym motylem przepis na sałatkę, więc przez wikend też będzie co jeść.
Siedziałam więc na rozkładanym luksusowo fotelu, który wytargałam na pomost, i myślałam o szyciu i o niczym, a także o ogrodzie, polu i tym, jakie ładne jest lato i jak szkoda marnować je na pracę, a przynajmniej pracę w mieście i biurze. Nie miałabym nic przeciwko pracy w ogrodzie, na polu czy w innych stogach siana, wręcz przeciwnie. Właściwie to zdaje mi się, że w ogóle wolałabym taką pracę, bo nie lubię stresu i myślenia o rzeczach, które mnie nie interesują.
Wczoraj miałam podobny tok myślenia, tylko że dzień był wolny i siedziałam długo w śpiworze na tymże fotelu na pomoście, bo było chłodno. Było mi jeszcze milej, tez czytała, co robię od czasu chwilowego rozprawienia się ze studiami. Skończyłam "Uczciwą oszustkę" T. Jansson i "Nieobecnych" B. Żurawieckiego. Pierwsza bardzo dobra, choć wolałabym bardziej jednoznaczne zakończenie, albo w ogóle zakończenie, a o drugiej nie wiem, co myśleć. Jest w niej parę rzeczy świetnych i mnóstwo słabych. Nevermind. Nevermore. Nie prowadzę w końcu blogaska o książkach, nie wiem, po co to piszę.
Enyłej, siedziałam w śpiworze na fotelu. Zastanawiam się, ile czasu mogłabym tak spędzić, ile dni, zanim by mnie to znudziło. Chyba dużo, czasem próbowałam sprawdzać, ale nigdy nie miałam wystarczająco dużo wolnych dni na tarasie. To prawdopodobnie znaczy, że spędziłabym chętnie życie, pijąc kawę, jedząc ciastka, patrząc na drzewa i na to, jak czas sobie mija, nie mając nic przeciwko. Żyjąc - tracimy życie, co za różnica, czy robimy wielkie kariery czy coś przyjemniejszego (dla osoby wiejskiej lubiącej rzeczy wymienione na początku).  Pracując, doceniam bardziej pozostały czas wolny, choć jest to podszyte niepokojem, że jest go mało. A może bez pracy nie miałabym rytmu, energii? A może napisałabym książkę, zajęłabym się sztuką, zostałabym artystką, oczywiście nie musząc pracować, a nie na rozpaczliwym bezrobociu? Nevermind.