Z wizyty u onkolog z moją biedną Złą Babką, lecz tym razem zupełnie niemedycznie:
Pani onkolog: - A pani czym się zajmuje?
Maganuna: - Jestem księgową.
P.O.: - Czyli tak zwana biurwa?
Maganuna: - Dokładnie tak o sobie myślę.
Z wizyty u onkolog z moją biedną Złą Babką, lecz tym razem zupełnie niemedycznie:
Pani onkolog: - A pani czym się zajmuje?
Maganuna: - Jestem księgową.
P.O.: - Czyli tak zwana biurwa?
Maganuna: - Dokładnie tak o sobie myślę.
[Z wymiany zdań między dziadkiem i babcią, po wizycie w przychodni.]
Zły Dziadek: - Wyleczona?
Zła Babka: - Wyleczona, teraz to już w ogóle nie umrę.
[Z wymiany zdań między dziadkami, w październiku po wizycie w przychodni.]
Zła Babka: - Co powiedziała lekarka?
Zły Dziadek: - Dobre wiadomości, do grudnia jeszcze będę żył! [bo następną wizytę wyznaczyli na grudzień]
Wtem! znienacka zachciałam być ekspresową recenzentką filmową. Obejrzałam wywiad z pewną aktorką, która zaskoczyła wyznaniem, że do czasów dorosłości nie widziała "Gwiezdnych wojen". Nikt nie chciał wierzyć! Jak to możliwe! Jak? Wielkie mi co. Też nie widziałam "Gwiezdnych wojen" do czasów maturalnych i jakoś żyłam. Jak to możliwe? To bardzo proste. W kinach leciały przed moim urodzeniem, a później i tak nigdy nie mieliśmy magnetowidu ani za wielu programów telewizyjnych. A gdy obejrzałam trzy stare filmy u progu dorosłości, uznałam je, szczerze mówiąc, za głupie. Teraz pamiętam tylko, jak biały śnieżny drapieżnik prawie spożywa Luke'a. Większość wydała mi się infantylna. Kolejnych części nie zmogłam. Przyznam jednak, że podobało mi się objawione kilka lat temu "Przebudzenie mocy", powiedziałam, że podoba mi się, bo nie jest jak "Gwiezdne wojny". Dalej już było nie dla mnie.
Nie mam myśli w głowie, żeby pisać coś normalnego czy miłego, czy inne rzeczy wygrzebane na strychu, ale jakoś przyszło mi do głowy, że napiszę cokolwiek. Cytując klasyczkę, "blog umarł, ale ja jeszcze żyję". Tak oto została blogerką kulturalną.
To mi przypomniało, że kiedyś nawet postanowiłam pisać recenzje filmów, ale po kilku uznałam, że się do tego nie nadaję, bo są zbyt ekspresowe. Na przykład film "Terminator: Ocalenie" zrecenzowałam zdaniem (bardzo przepraszam za gwałtowne naruszenie rejestru) "zaczyna się zupełnie obiecująco, a kończy jak zwyczajna sraka".
[Z wymiany zdań między dziadkami, dziś po wizycie w przychodni.]
Zła Babka: - Co powiedziała lekarka?
Zły Dziadek: - Dziwiła się, że [ludzie] takie stare, a jeszcze żyją.
Teoretycznie powinnam mieć mnóstwo czasu na porządkowanie starych papierów, przepisywanie listów sprzed lat, korekty i samorozwoje, ale niewiele robię. Czasem sprzątam i trochę gotuję. Czytam, wracam do ćwiczeń po zrujnowaniu sobie kręgosłupa pracą w domu i niewychodzeniem, ale powoli. W wolne dni chodzimy po lesie. Zwykle poza pracą nic nie robię lub zajmuję się bzdurami. Jedną z nich była nowa funkcja w moim ulubionym drzewie genetycznym; teoretycznie pokazuje, gdzie jest najwięcej moich genetycznych krewnych. No i wyszło mi, że w zmapowanych poniżej miejscach, co zaskoczyło mnie, jako że matka moja jest zupełnie z Polski.
Tyle z wieści skraju i zzaświata.
Śniło mi się, że Jane Fonda umarła i byłam na pogrzebie. Było mi smutno, bo przecież miała się tak dobrze, sama mi to mówiła, kiedy rozmawiałyśmy na bankiecie charytatywnym (który we śnie był stypą po pogrzebie, ale nie przeszkadzało to Jane Fondzie dalej żyć, mieć się właśnie dobrze i ze mną rozmawiać, jednocześnie będąc pochowywaną), kiedy stałam onieśmielona, a ona mówiła, że robimy kawał dobrej roboty, te książki – wtedy nieśmiało i głupio wtrąciłam, że I am just a proofreader, ale Jane Fonda spojrzała na mnie karcąco, dając do zrozumienia, że ma na myśli całokształt prądu, w którym się znajdujemy. Na bankiecie wyglądała jak zawsze zjawiskowo, ale starałam się o tym nie myśleć, przypominając sobie, za co ją szanowałam przez lata. Chciałam powiedzieć coś inteligentnego, ale przypominały mi się tylko fragmenty Czyż nie dobija się koni oraz, co gorsza, Barbarelli w kosmosie, co do której nie mogłam się zdecydować, czy darzę ją kultem, czy zniecierpliwieniem. Jane Fonda z kieliszkiem w dłoni i rogalikiem w drugiej odpłynęła, by rozmawiać z innymi gośćmi.
W zeszłym miesiącu nie mogłam pojechać ze Złą Babką do przychodni i byłam zmartwiona, że będzie musiała pojechać sama. Babcia odparła: "Nie martw się, przez całe życie nikt o mnie nie dbał i dożyłam osiemdziesiątki". Później, słuchając wiadomości o wydarzeniach zza wschodniej granicy, babcia zorientowała się, że w dzieciństwie mieszkała kilka lat na Białorusi – usłyszała nazwę miejscowości, do której z siostrą zostały wysłane do ciotki, kiedy ich mama zginęła w 1944 roku w wypadku (wjechała w nią ciężarówka z pijanym kierowcą tuż pod Ostrą Bramą). Wcześniej myślała, że była to Litwa, w której spędziła życie do zamążpójścia i wyjazdu do Polski, to znaczy do nowej Polski, na tak zwane z jakiegoś powodu Ziemie Odzyskane. Czas spędzony u ciotki skończył się też na fatalnych zdarzeniach. Kiedy obie dziewczynki siedziały wykąpane w izbie na dole, w nocnych koszulach, do domu wszedł mężczyzna i zapytał, czy wuj jest w domu. Babcia, która była wtedy tylko małą dziewczynką, Helą, miała może pięć lat, zaprzeczyła. Mężczyzna rozejrzał się i zaczął wchodzić na strych, gdzie ciotka coś robiła. Dziewczynki przerażone wyszły z domu, Hela pobiegła na pole i położyła się w swojej nocnej koszuli między redlinami, żeby jej nie było widać. W tym czasie mężczyzna pewnie nie dostał się na strych, gdzie przebywała ciotka, bo okazało się, że zdążył podpalić dom i poszedł. Zdaje się, że uważał, że wuj jest w partyzantce. Ciotka wyskoczyła z palącego się już domu przez okno na strychu, podczas upadku poraniła mocno rękę. Wkrótce zjechali się ludzie ze wsi, próbowali dom ugasić, ale się nie udało. Ciotka z wujem zostali ze zgliszczami, a dziewczynki w samych nocnych koszulach, wszystkie ich ubrania spaliły się wraz z domem. W tych koszulach i okryte futrami zostały zabrane w inne miejsce, chyba już do innej ciotki do Wilna, ale tego już nie jestem pewna i muszę zapytać.
Mniej więcej w ten sposób moja Zła Babka dożyła do ponad osiemdziesiątki.