piątek, 31 sierpnia 2012

MIN. MGNN. "Zaginęła w Wielkim Sprzątaniu"

Przyszedł w końcu czas na kolejny post z cyklu JA MNIE MNĄ O MNIE ZE MNĄ JA, który jest, jak wiadomo, osią i prawie jedyną treścią bloga. Tym razem postanowiłam podzielić się z tzw. Czytelniczkami Płci Wszelakiej nową tendencją, której uległam w zeszły czwartek. Natrafiłam na artykuł o minimalistkach i minimalistach, którzy (czy równouprawnienie końcówek dotyczy tylko rzeczowników, czy zaimków też?) pozbywają się wszystkich niepotrzebnych rzeczy, a czasem także potrzebnych, popadając w amok Pozbywania się (w artykule został on opisany zupełnie bez dystansu, mimo że w niektórych przypadkach nosił znamiona choroby psychicznej).

Brzmi zachęcająco, pomyślałam i wyrzuciłam połowę zawartości szuflady, którą od wprowadzki zapełniałam wszystkim, mówiąc sobie "jak się zapełni, to zrobię selekcję". Szuflada się zapełniła, a ja oczywiście dokładałam dalej, co jest rzeczą zupełnie normalną. Po porządkach faktycznie zostało kilka (-naście) szpargałów - to działa. Podobnie postąpiłam z innymi szafkami, stosując metodę "jak nie zajrzałaś do tych kserowanych materiałów z rosyjskiego od siedmiu lat, to już do nich nie zajrzysz". Wybrałam kilka sensowniejszych knig ze studiów, żeby zostawić na bókkrosingowym stoliczku na uczelni. Rzeczy zakwalifikowane do grupy "na nic mi one, ale nie można wyrzucić" zapodałam w karton na wymianę lub oddanie.

Ogólnie po rozróbie w szafkach zostałam głównie z mnóstwem książek, choć myślałam, że masę sprzedałam w antykwariacie podczas cyklicznych czasów biedy. Nie mogę wyrzucić rzeczy, z których raz na jakiś czas robię pseudo-sztukę albo pseudo-sztukę użytkową, typu pudełko różowych piór, podkładki pod piwo, ładne kawałki drewna; nie mam co zakładać pracowni, jeśli wchodziłabym do niej raz na rok. Zachowałam również kołnierz z lisa odziedziczony po Złej Babce, chociaż O. chciała go spalić. Nie mam pojęcia, na co mi lisie truchło, pewnie w końcu zrobię sobie z nim zdjęcie i pochowam pod drzewkiem cytrynowym, jak zaleca filmografia fachowa.

Nie mogłam się również pozbyć rzeczy typu: Chrystus z Samotraki, figurki Bóź, inne figurki bez głowy, butelki w kształcie Bozi z odkręcaną główką, kołowrotek, blaszana pamiątka z Tibilisi i z Samarkandy, trumna z wytłaczanek do jajek (pozdrowienia dla Grzesia), zasuszona żaba w trumnie (pozdrowienia dla Marty), malutki granitowy mój własny nagrobek (pozdrowienia dla Ani), dlaczego moje prezenty są dość monotematyczne?

Teraz został mi już TYLKO strych do porządkowania...

P.S. Dostałam od Z. SZNUR OD SZYBRA! Ten, który miał Przodek w "Zimie w Dolinie Muminków"!
P.S.2. Akapity są tylko po to, żeby się wygodniej czytało. Nie zaczynają żadnych nowych myśli.
P.S.3. Jeśli ktoś chce coś ze zdjęcia, niech da znać.


środa, 25 lipca 2012

Podmiot nomadyczny

Zażartowałam sobie, że napisałam w pierwszym rozdziale MGR dużo bzdur o dekonstrukcji, Innym, podmiocie nomadycznym i innych modnych hasłach (wyeksploatowany w poprzedniej pracy fantazmat dyskretnie pominęłam, ale nie sądzę, żeby się nie pojawił w dalszym ciągu), a teraz myślę, że ten podmiot nomadyczny to jest coś i że mogłabym go upchnąć nawet do tematu.

Ponieważ piszę, a przynajmniej udaję, że to robię, nie mam czasu na pożyteczne roboty fizyczne takie, jak fugowanie płytek na tarasie albo Niekończący Się Ogród. Dziś tylko pojechałam dwie wsie dalej do sklepu i na pocztę, przywiązując sprawunki do siedzenia motocykla specjalnymi linkami - wciąż nie stać mnie na kufer, więc skrzynki z czereśniami i wiśniami woziłam w ten sam sposób.

Z nowości kulinarnych: upiekłam brownie, które najpierw miało zakalec, a później przekształciło się w czekoladowy cukier (?!). Zrobiłam również kotlety na bazie kapusty, które wyglądały jak jaja Obcego.

Poza tym bieda, ale pomidory już rosną w folii:)

niedziela, 8 lipca 2012

Śniło śmierci


Nie mam nic do powiedzenia, więc szukając natchnienia przejrzałam dzienniczek snów i okazało się, że są dość przykre, lecz momentami ciekawe, jeśli przetrwa się te przykre. Na początek fragment książki, później trzy ostatnie sny. Dla widzów o mocnych nerwach. Zastanawiałam się, czy je tu umieścić, ale pomyślałam, że piszę ostatnio tylko o dżemach z czereśni i przydomowych ogródkach, a to nie wszystko, więc wot są.

"Przed czternastoma laty, nie, przed szesnastoma, zmarł mój ojciec. Umarł szybko, w okamgnieniu, jak mówiła matka, choć ja byłem przekonany, że umierał powoli, latami, i że zaraził się śmiercią w tym samym momencie, gdy znalazł się za drutem kolczastym niemieckiego obozu dla oficerów wziętych do niewoli. Matka oczywiście zaprzeczała. Umiera się tylko raz, mówiła, nikt nie krąży wokół niczym żywy trup. Moi przyjaciele stanęli po jej stronie. Patrzysz na historię, mówili, niby jakiś romantyk, a na los jak na pastoralny obrazek, na którym gdzieś z boku czyhają złe duchy. Nie, odpowiadałem, są nici, które wiążą człowieka z momentami przełomowymi, kiedy dusza ustępuje, a później życie jest już tylko obracaniem wrzeciona, póki nić nie dotrze do kresu, nie napręży się i nie wyrwie duszy z jej, brak na to lepszego słowa, marnej powłoki. Przyjaciele tylko machali rękoma, matka nalewała rakii do kieliszków, kobiety przynosiły z kuchni gorące rogaliki z serem. To było już po pogrzebie."

David Albahari, "Mamidło"


*

Przez sen przetoczyła się kolejna fala zgonów. To słowo było dobre, ponieważ bezskutecznie dzwoniłam na pgotowie, a za każdym razem odbierał kto inny i ktoś niewłaściwy, w końcu odebrała nawet Zorana i podała mi jakiś serbski numer od swojego ojca. Musiałam się spieszyć, choć właściwie nie wiedziałam, po co, skoro dziwna kobieta już i tak nie żyła. Prawdopodobnie dostała zawału albo czegoś jeszcze bardziej śmiertelnego. Teoretycznie była moją babką, jednak kilka dni wcześniej przeszczepiono jej mnóstwo narządów jakiejś dziewczyny, która zginęła na rowerze, więc babka-nie babka wyglądała jak kto inny. Młoda dziewczyna. Jednak i ona teraz była martwa. Dzwoniłam i dzwoniłam bezskutecznie, siedząc na szczycie schodów w domu w Kosmogrodzie, gdy pojawiła się moja rodzina z zamierzchłej przeszłości, czyli .............................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................. Nic się niestało, powtórzyłem, wściekle go wyzywając. Weszła Olka z trwałą, jaką miała tylko raz prawie dwadzieścia lat temu, ubrana w fioletowy kszmirowy sweterek. ....................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................................... Było to dość straszne i po jakimś czasie skończyło się Śniło.

**

Śniły mi się dziwne rzeczy, bardzo długi sen w K., pomieszane czasy, ktoś z rodziny przyjechał warszawą, były różne pory roku, wiosna, zima chwilę, palenie w piecu. Dużo snu we śnie, spanie pod pierzynami w chłodnym pokoju, w pokoju sprzed lat, stare drewniane podłogi, ściany. Babcia mówiła przez sen, że dzieci siedzą w popiele. Nie mogła się obudzić, i to nie tylko ona. Wszystkie pokoje były sprzed lat, jak byłam dzieckiem. Ostatecznie zaczęły się przygotowania do pogrzebu i zrozumiałam, że skoro zapalają świece i wynoszą różne rzeczy, to znaczy, że umarł Đ. Widocznie był w szpitalu, a mnie się zrobiło źle, bo nawet w tym śnie nie pamiętałem, żeby sprawdzić, gdzie jest. Đ. nigdzie nie widziałem, były tylko długie i przytłaczające przygotowania do pogrzebu, i sen, i dziwny moment przed świtem, i wieczorem, i deszcz i szarość na dworze, i wysokie drzewa pełne liści zasłaniały powietrze, i deszcz padał między domem a stodołą, ktora jak zawsze czerniała w deszczu, na co dzień szara i spłowiała.

***


Pewnego październikowego wieczoru zasnęłam wieczorem, śniło mi się kilka letnich wieczorów w Z. T. po jakiejś dłuższej historii stracił nogę. I. miała długie włosy i zrobiła trwałą. Gadałem z T., przyszedł jakiś face po siłowni i T. powiedział, że to nasz jakiś niby wujek, który ma faceta. Gadałam z T. o różnych sprawach, o tym, jak będziemy teraz grać w piłkę. T. miał krótkie spodenki pomarańczowo sprane i nowoczesną protezę nogi, nie wyglądało to w ogóle źle i nie był załamany, choć mówił rzeczy typu "wiesz co ja musiałem dzisiaj przeżyć". Była też jakaś sprawa z Lepperem, który miał coś podobnego i nie żył (jak i w rzeczywistości). Później lub wcześniej robiliśmy pierogi na obiad, były ładne, z papieru. Babcia ulepiła pieroga w kształcie wieloryba.

wtorek, 3 lipca 2012

Miałam farmę w Afryce

Spędziłam wczorajszy dzień w sadzie udając, że jestem prawdziwą rolnicą. Przyznam, że po południu ogłupiała słońcem, połaciami skrzypu i drzewami owocowymi ciągnącymi się po horyzont stwierdziłam, że dopiero teraz czuję, że żyję. Pewnie po całym lecie zbiorów bym zwariowała, ale na razie myślę o różnych pięknych książkach, których akcja toczy się w Afryce albo na południu Ameryki.

Sytuacja:
Mgnn siedzi na czereśni i rwie czereśnie. Drogą polną jadą Rowerzysta-rolnik i dziewczynka w wieku lat, hm, może 8, może 10, ostatnio nie rozróżniam.

Dziewczynka: - Pani siedzi na drzewie, może powiem dzieńdobry?

Rolas-rowerzysta: (pół do siebie, pół do dziewczynki, trzecie pół w eter) - Dzień dobry dobry, ale chuj mi po nim?

niedziela, 24 czerwca 2012

rużne

Byłam na ślubie i weselu, mimo że nienawidzę ślubów i wesel. Przeżyłam dzięki przyklejonemu uśmiechowi w momentach kryzysowych (zamiast krzyczeć: spieprzaj zapity dziadu, nieniewyznajęzasadychłopakdziewczynanormalnarodzina, ratunku nie chcę siedzieć w epicentrum tuż obok pary młodej) i temu, że za mąż wychodziła Mała Cimerka, którą bardzo lubię. Ze znanych mi osób była jeszcze tylko D. przybrana w marszczoną sukienkę rodem z Obcego czy innego Prometeusza, z czego chyba nie zdawała sobie sprawy, ale ja tak. W paru momentach myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok, ale wtedy szłam do łazienki, zamykałam się w kabinie i siedząc cicho czekałam, aż mi się polepszy. To stary sprawdzony sposób. Picie nie pomaga, bo wtedy tylko mówię rzeczy, których nie powinnam mówić. Nie wychodziła na papierosa, bo staram się nie palić w ogóle, a poza tym panowie na papierosie opowiadają o Tradycyjnych Wartościach Rodzinnych, patrząc na mnie pytająco, a ja wtedy uśmiecham się i zaciągam papierosem. Jedyne, co mieli ciekawego do powiedzenia, to opowieści z pobytów w więzieniu. Swoją drogą byłam zafascynowana tym, że prawie wszyscy młodzi panowie mieli łyse głowy, niektórzy z malowniczymi bliznami, czasem jakieś urocze tatuaże. W końcu nadeszła godzina trzecia, kiedy to byłam już mało przytomna po ostatnich nocach naukowych, i pierwsi ludzie się zebrali, a ja z nimi z wioski dotarłam do Pacanowa, stamtąd odczekawszy pociągiem do Warszawy, tam przespawszy stację wróciwszy i odczekawszy do Ł., skąd wróciłam niemal do domu (do wsi obok) autostopem (zanim ktoś się zatrzymał, inni panowie pokazywali w swoim samochodzie brzydkie rzeczy, ale nie miałam nastroju). Stamtąd miałam iść, ale ponieważ po nieprzespanej nocy wlekłam się z nogi na nogę, zdjąwszy oczywiście wysokie obcasy, które nie sprawdzają się w piachu dróg, zadzwoniłam w końcu do M., który przyjechał po mnie motorem i zabrał do domu.

Kiedy dotarliśmy, okazało się, że na podwórku jest wiewiórka, przepiękna, którą już po chwili chciała upolować Alergia.

Później zaczęłam mieć widzenie tunelowe i wystraszyłam się bardzo M., którego nie zauważyłam w łazience.

Jeszcze później okazało się, że ktoś zarąbał mi z motoru aluminiową osłonę rury wydechowej, jak jeden jedyny raz zostawiłam go w Ł. pod blokiem. Chyba znienawidzę to miasto i będę powtarzać, że trzeba zrzucić na ni bombę i stworzyć pierwszy w Europie postapokaliptyczny park przyrody.

Dotarłszy do domu prędko poszłam spać, a kiedy się obudziłam, nikogo oprócz mnie nie było, bo H. i M. pojechali sobie, zostawiając wszystkie drzwi i okna pootwierane, i tylko koty skrzeczały na tarasie.



piątek, 22 czerwca 2012

W Górach Samotnych jest zimno

Z powodu lenistwa i fragmentaryczności umysłu dzisiejszy wpis nie będzie zbyt fabularny.

1. Pada i jest chłodno, ale to idealna pogoda do uczenia się i pisania;
2. Czytam wszystko, co muszę, na przemian z "Norwegian wood" i pod koniec jednak zaczynam lubić tę książkę - wcześniej mnie irytowała.
3. Koty przyniosły kolejne myszy, jedną martwą (pogrzebiona w ogrodzie), drugą żywą, uratowana, wypuszczona do klombu).
4. Podczas cięcia drewna znalazłam dwie małe jeszcze ślepe myszy. Albo inne norni(szni)ce. W przejęciu zadzwoniłam z konsultacją zootechniczną, podczas której się dowiedziałam, że teraz to już tylko szybko zadeptać, bo i tak zginą - masakra. Mimo to zostawiłam i po dwudziestu minutach nie było - liczę na to, że matka zabrała, a nie coś zeżarło.
5. Żywą jaszczurkę znalazłszy pod workiem na śmieci, ogona pozbawioną - wyrzuciłam w krzaki.
6. Skosiłam całe podwórko, co nadało mu wygląd dystyngowany, niezależnie od tego, czy podwórko może być dystyngowane.
7. Hoduję szpinak i poletko tytoniowe w doniczkach, jednak szpinak został trochę rozgrzebany przez koty, a tytoń jest na razie mikry. Tylko bazylia nie zawiodła. Pomijając pomidory i paprykę.
8. Nasiona roślin tropikalnych nie wykiełkowały, pewnie wzejdą podczas pełni księżyca i obudzę się w mroku, bo dżungla oplecie cały dom.
9. Jadę jutro na ślub, chociaż nienawidzę ślubów i wesel. Zastanawiałam się, czy motocyklem będę w stanie dojechać wystarczająco świeża do Pacanowa (a może Ciechanowa?), ale na szczęście nie musiałam udzielać odpowiedzi na to pytanie retoryczne, bo zabiorę się z kimś samochodem, a wrócę jeszcze nie wiem jak. Najlepiej wezmę ze sobą miotłę.
10. Później jeszcze tylko dwa zaliczenia na resztkach studiów i będzie można wyruszyć w Góry Samotne.
11. Zastanawiałam się, jak to jest, że płyną lata, a ja piszę nadal o ogródku, dżemach, kotach. To chyba mentalne staropanieństwo. Tylko te Góry Samotne mnie jakoś symbolicznie ratują.