Trochę wsiąkłam w życie południowe, śródziemnomorskie, co objawia się tym, że zupełnie nie pamiętam, że jestem nad morzem i w jednym z większych miast europejskich. Chodzę na zajęcia, po zajęciach spaceruję po wzgórzach przy domu (wtedy przypominam sobie na chwilę, że to morze i kostabrawa, bo widzę morze i miasto z góry), czasem poprawiam lepsze lub gorsze teksty, sama niewiele pisząc. Jak zwykle wiele czasu poświęcam bezproduktywnemu myśleniu o szyciu. Na razie nic nie wymyśliłam. Chcę być w Barcelonie i chcę być na wsi u siebie, więc jedynym rozwiązaniem jest rozdarcie się lub magiczne nałożenie się światów. (Buduję pozytywną narrację, bo sama mam dosyć swojego narzekania, że "nie chcę być w obcym miejscu, ale i nie chcę być w Polsce jako aparacie państwowym", idzie mi przyzwoicie). Nie piszę za wiele, bo nawet moje fantazje są ostatnio bezproduktywne. Budzę się w nocy, mówię S., że właśnie mi się coś śniło, ale rano już nie wiem, co to było, a on nie wie, że coś mówiłam. A sny są chwilowo ciekawsze od rzeczywistości, którą trzeba mozolnie budować, bez instrukcji i z ograniczonym zestawem narzędzi. Tą oto zardzewiałą myślą na dziś skończę.
piątek, 27 listopada 2015
niedziela, 11 października 2015
Pouczający dialog przy śmietniku
Zrobiliśmy porządki i poszliśmy do dalszych kontenerów, żeby wyrzucić do nich śmieci z ogrodu, takie jak zgnita cukinia.
Fannie: - Może teraz pójdziemy do baru, żeby nie siedzieć cały czas w domu?
Maganuna: - Ale z torbami na śmieci? Będę z nimi wyglądała jak biedna imigrantka.
Fannie: - Przecież jesteś imigrantką i jesteś biedna. Ucz się nie przejmować, co myślą inni.
Fannie: - Może teraz pójdziemy do baru, żeby nie siedzieć cały czas w domu?
Maganuna: - Ale z torbami na śmieci? Będę z nimi wyglądała jak biedna imigrantka.
Fannie: - Przecież jesteś imigrantką i jesteś biedna. Ucz się nie przejmować, co myślą inni.
poniedziałek, 5 października 2015
Ołowiane trzewiczki
Coś mi się nie chce rano wstawać. Nieważne, że z domu wychodzę dopiero o dziewiątej, i tak mi się nie chce. Cały czas od przyjazdu zapadam tu, na Południu, w studnię z lepką wodą snu, która zamyka się nade mną i ledwo odpuszcza od rana. Ta metafora to pewnie wpływ mrocznego harlequina, który właśnie poprawiam. Śnią mi się niby-miłe, niby-dziwne rzeczy, Żydzi sprzed wojny w Koźminku, co jakiś czas stare akacje nad stawem, znowu samochód na klej. Te same motywy. Przynajmniej nie wraca pterodaktyl na strychu. Wstałam dziś, otworzyłam okiennice i powoli wróciłam do żywych. Naprzeciwko jest szkoła specjalna, więc zwykle i po przebudzeniu nie jestem pewna, gdzie jestem, bo dzieci wydają dużo nietypowych dźwięków, a ich ulubionym zajęciem jest dmuchanie w piszczałki. Wypiłam kawę, zjadłam pożywne śniadanie w postaci dwóch sztucznych babeczek i wstawiłam chleb. Rósł od wczoraj, ale poszło mu raczej przeciętnie. Piekarnik piecze według własnych sekretnych ustawień, więc też nie wiem, co z tego wyjdzie, ale mam nadzieję, że chleb, bo nie mogę już patrzeć na bagietki. (Na początku miałam napisać, że powinnam założyć na jakiś czas ołowiane trzewiczki, żeby nie marudzić i poczuć się po ich zdjęciu dobrze w swoim życiu, ale właśnie okazuje się, że chwilowo nie trzeba).
PS Z wiekiem staję się dojrzała i rozsądna. Kiedy jechałam na zajęcia moim dzielnym samochodem, znienacka zza lusterka wyszedł duży żółty pająk (to na pewno jadowita araña) i zaczął wędrować na wysokości moich oczu. W jego oczach było coś przeraźliwego. Pomyślałam sobie: "Nawet jak spadnie mi na twarz, co się na pewno stanie, nie mogę rozbić samochodu". Prawda, że rozsądne? Araña zniknęła, więc pewnie się jeszcze niestety spotkamy.
PPS Aktualizacja: dwa dni później pająk spadł z lusterka prosto na mnie, na szczęście nie na twarz. Poczułam na ręce, a później nodze szmyranie odnóż. Dojechałam do czerwonego światła, rozejrzałam się – aranii nie ma. Na szczęście na następnym skrzyżowaniu wlazła na drzwi, z których została ostatecznie wyrzucona na zewnątrz. Ręcznie, gołymi ręcami.
Ach, jakby ktoś się zastanawiał, to nie wiem, jakim sposobem zastrzegłam wcześniej bloga. Nie zauważyłam, tylko się dziwiłam, że tak relacjonuję, a nikt nie skomentował.
PS Z wiekiem staję się dojrzała i rozsądna. Kiedy jechałam na zajęcia moim dzielnym samochodem, znienacka zza lusterka wyszedł duży żółty pająk (to na pewno jadowita araña) i zaczął wędrować na wysokości moich oczu. W jego oczach było coś przeraźliwego. Pomyślałam sobie: "Nawet jak spadnie mi na twarz, co się na pewno stanie, nie mogę rozbić samochodu". Prawda, że rozsądne? Araña zniknęła, więc pewnie się jeszcze niestety spotkamy.
PPS Aktualizacja: dwa dni później pająk spadł z lusterka prosto na mnie, na szczęście nie na twarz. Poczułam na ręce, a później nodze szmyranie odnóż. Dojechałam do czerwonego światła, rozejrzałam się – aranii nie ma. Na szczęście na następnym skrzyżowaniu wlazła na drzwi, z których została ostatecznie wyrzucona na zewnątrz. Ręcznie, gołymi ręcami.
Ach, jakby ktoś się zastanawiał, to nie wiem, jakim sposobem zastrzegłam wcześniej bloga. Nie zauważyłam, tylko się dziwiłam, że tak relacjonuję, a nikt nie skomentował.
sobota, 3 października 2015
Kafeteria "Powietrzna poczwarka"
Przez pół nocy była burza. Lało, widać było błyskawice i grzmiało. Budziłam się co jakiś czas, ale byłam zadowolona, jak zawsze podczas burzy. Miałam przyjemne wrażenie pozostałe z dawnych lat, że to rytuał przejścia, że rano po burzy budzę się trochę inna i parę spraw potoczy się inaczej. Zobaczymy. Śniło mi się, że byłam w K. i że wszędzie rosły wysokie, stare drzewa, jak jeszcze powiedzmy piętnaście lat temu. Szłam nad staw, patrzyłam na akacje i leszczyny i wydawało mi się, że podrzucam małe powietrzne poczwarki. Czytam właśnie "1Q84" i parę motywów po mnie chodzi, bo są czasem zbieżne z tym, co mam w głowie. Kilka dni temu byliśmy ze znajomymi na górze nad miastem i patrzyliśmy na fajerwerki. Z góry morze wygląda, jakby było ścianą ponad linią miasta i jakby się o dziwo nie przelewało przez wybrzeże. Kiedy robi się ciemno, nie widać już wody, tylko linię świateł miast. Wtedy po chwili dostrzega się statki powietrzne wysoko nad linią horyzontu. To dziwne. Zwykle myślałam, że to Symfonia Mórz, a teraz uznałam, że to powietrzne poczwarki.
Właśnie prawie spaliłam kafeterię, tzn. makinetkę, tj. maszynkę do robienia kawy na gazie. Nie wiem, jak się ją jeszcze nazywa w różnych częściach kraju.
*(Nie do końca jestem pewna, czy podoba mi się to, jak ta książka jest napisana, czasem mnie denerwuje, bo mam wrażenie, że jest napchana pseudosymbolami, które nic nie znaczą, ale czytelnik się zastanawia. Na gruncie polskim robi to Olga Tokarczuk. Ale może to też jest dobre, tylko ja o tym nie wiem. W każdym nadal przyjemnie mi się czyta mimo zdarzającej się irytacji.)
Właśnie prawie spaliłam kafeterię, tzn. makinetkę, tj. maszynkę do robienia kawy na gazie. Nie wiem, jak się ją jeszcze nazywa w różnych częściach kraju.
*(Nie do końca jestem pewna, czy podoba mi się to, jak ta książka jest napisana, czasem mnie denerwuje, bo mam wrażenie, że jest napchana pseudosymbolami, które nic nie znaczą, ale czytelnik się zastanawia. Na gruncie polskim robi to Olga Tokarczuk. Ale może to też jest dobre, tylko ja o tym nie wiem. W każdym nadal przyjemnie mi się czyta mimo zdarzającej się irytacji.)
środa, 30 września 2015
Nie chcę wychodzić z domu
Nie chcę wychodzić z domu.
Nie chcę wychodzić z domu.
Nie chcę wychodzić z domu.
Tak wygląda moje bycie na erasmusie w jednym z bardziej imprezowych miast Europy. Dziś od rana leje, więc jestem tym bardziej nieprzysiadalna i rozpłoszona. Najchętniej robiłabym korektę w domu, ale muszę jechać na zajęcia (godzina drogi na kampus), a poza tym akurat nie mam żadnej korekty. Mogłabym też piec albo lepić pierogi. Wszystko bym mogła robić, bylebym nie musiała wyjść z domu! I mówić do ludzi! I słuchać ludzi!
Nie chcę wychodzić z domu.
Nie chcę wychodzić z domu.
Tak wygląda moje bycie na erasmusie w jednym z bardziej imprezowych miast Europy. Dziś od rana leje, więc jestem tym bardziej nieprzysiadalna i rozpłoszona. Najchętniej robiłabym korektę w domu, ale muszę jechać na zajęcia (godzina drogi na kampus), a poza tym akurat nie mam żadnej korekty. Mogłabym też piec albo lepić pierogi. Wszystko bym mogła robić, bylebym nie musiała wyjść z domu! I mówić do ludzi! I słuchać ludzi!
czwartek, 24 września 2015
Śniło
Czasem siedzę tu w ciemności przed komputerem i zapominam, gdzie jestem. Mogę wtedy być w kilku starych miejscach lub jakimś nowym. Mogę być w domu pod lasem, domu złym, domu pradziadków albo w swoim domu. Mogę być w nieznanym mieszkaniu albo gdzieś indziej, na krańcu świata. Dopiero dźwięk wydobywa mnie z wieloprzestrzeni i zacieśnia czarną jaskinię. Słyszę psa. Słyszę skrzypienie okiennicy. Słyszę kocie łapki na podłodze. Słyszę motocykle, słyszę śmieciarkę. Nic nie słyszę, może jestem w K. Faktycznie zapominam o miejscu w tych ciemnościach. Tak samo kładę się spać i nadal nie wiem, gdzie śpię. Mam poczucie, że nie jestem w domu, ale nie czuję się też tutaj. Wpadam w otchłań, zasypiam natychmiast i budzę się powoli. Tuż przed budzikiem mam wrażenie, że to stary dom, że obudzę się gdzieś dawniej i wszystko będzie jeszcze inne, niektóre rzeczy lepsze, a niektóre znacznie gorsze. Przede wszystkim inne, co jest cechą przeszłości. Czasem śni mi się przeszłość i wędruję przez to wszystko, co już tak nie wygląda. Ściany są inne, dachy inne, jest mniej mebli, więcej przedmiotów. Mniej drzew, więcej zwierząt. Wystarczy, że poznaję: tak, to 1993 rok, to dawno, cały czas pamiętam, ale różnica nawarstwiła się już bardzo duża. Tak czas nakłada warstwy różnic w poszczególnych miejscach. Czasem znajduje się enklawę, gdy na przykład ktoś zamknie pokój albo przestanie wchodzić na strych. Nasz strych nadal zachował wiele dekad z przeszłości mimo wchodzenia. Nasz dom przy lesie nie zachował żadnej enklawy, bo zrównano go z ziemią i zaczyna być lasem. Prawie nie da się poznać, że tam był, całe wielkie podwórko, stodoła, trzeba wiedzieć. Wtedy widzi się jedyne pozostałe drzewo, modrzew, teraz wielki, z którego patrzyłem na stodołę. Można też, uważnie szukając, znaleźć zapadniętą ziemię tam, gdzie była studnia. Oczywiście grzebiąc głębiej, znaleźlibyśmy zakopane butelki, zgubione zabawki, a na pewno piwnicę, piwnicy przecież nie zburzyli. Cały czas jest tam gdzieś pod ziemią. Przejeżdżając tam, będę mieć tego świadomość.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Kolovoz
Jest to dla mnie dość spokojne lato, przetykane zwykłymi niepokojami egzystencjalnymi i pogodnym myśleniu o niepewnej przyszłości. Czy będzie za szybko jakaś zagłada, jak będzie się żyło na świecie po nowych wielkich migracjach, czy podwórko wystarczy, żeby uprawiać rolnictwo, co zrobić na obiad. Niewiele się dzieje i zmienia. W ostatnim czasie jedynie raz dostałam ataku histerii, gdy rozdarłam o klamkę nową koszulę, tuż po wyprasowaniu. W przypływie dramatyzmu zerwałam ją z siebie, aż guziki rozsypały się po pokoju. Dziś pokornie przyszywałam. Lekko się waham, czy uparcie nosić zaszytą, czy też nie. Jeszcze nie wiem. Mimo wszystko chcę zachować swoją godność, tym bardziej że wybywam znowu za granicę. Wtedy się w końcu dużo pozmienia. Zagranico będę tam, gdzie kiedyś, na południu. Jadę już zaraz, więc składam w walizki te koszuliny, książki, puszki z fasolką i inne zapasy. Sierpień upływa na wykańczaniu zleceń bez specjalnego przekonania, cięciu drewna dla O. na zimę, robieniu dżemów na wyjazd, a wszystko to od czasu do czasu przetykam lekką histerią z błahych powodów. Chciałam dla odprężenia napisać coś o przodkach, zaczynając od tego, jak ciotka przyszła pożyczyć maszynę do czyszczenia srebra, ale chyba poprawiam za dużo bardo złych tekstów, bo wyszło zupełnie bez wyrazu. Więc odłożyłam i będzie czekało na emigrację, może na dachu nad morzem wyjdzie lepiej. I nie będzie prowadziło zawsze do myśli, że przodkowie umarli, a ich śmierć jest figurą naszej śmierci. Chociaż to też dobry motyw. Tym pozytywnym akcentem chwilowo kończę. Nonsensy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)