Czasem siedzę tu w ciemności przed komputerem i zapominam, gdzie jestem. Mogę wtedy być w kilku starych miejscach lub jakimś nowym. Mogę być w domu pod lasem, domu złym, domu pradziadków albo w swoim domu. Mogę być w nieznanym mieszkaniu albo gdzieś indziej, na krańcu świata. Dopiero dźwięk wydobywa mnie z wieloprzestrzeni i zacieśnia czarną jaskinię. Słyszę psa. Słyszę skrzypienie okiennicy. Słyszę kocie łapki na podłodze. Słyszę motocykle, słyszę śmieciarkę. Nic nie słyszę, może jestem w K. Faktycznie zapominam o miejscu w tych ciemnościach. Tak samo kładę się spać i nadal nie wiem, gdzie śpię. Mam poczucie, że nie jestem w domu, ale nie czuję się też tutaj. Wpadam w otchłań, zasypiam natychmiast i budzę się powoli. Tuż przed budzikiem mam wrażenie, że to stary dom, że obudzę się gdzieś dawniej i wszystko będzie jeszcze inne, niektóre rzeczy lepsze, a niektóre znacznie gorsze. Przede wszystkim inne, co jest cechą przeszłości. Czasem śni mi się przeszłość i wędruję przez to wszystko, co już tak nie wygląda. Ściany są inne, dachy inne, jest mniej mebli, więcej przedmiotów. Mniej drzew, więcej zwierząt. Wystarczy, że poznaję: tak, to 1993 rok, to dawno, cały czas pamiętam, ale różnica nawarstwiła się już bardzo duża. Tak czas nakłada warstwy różnic w poszczególnych miejscach. Czasem znajduje się enklawę, gdy na przykład ktoś zamknie pokój albo przestanie wchodzić na strych. Nasz strych nadal zachował wiele dekad z przeszłości mimo wchodzenia. Nasz dom przy lesie nie zachował żadnej enklawy, bo zrównano go z ziemią i zaczyna być lasem. Prawie nie da się poznać, że tam był, całe wielkie podwórko, stodoła, trzeba wiedzieć. Wtedy widzi się jedyne pozostałe drzewo, modrzew, teraz wielki, z którego patrzyłem na stodołę. Można też, uważnie szukając, znaleźć zapadniętą ziemię tam, gdzie była studnia. Oczywiście grzebiąc głębiej, znaleźlibyśmy zakopane butelki, zgubione zabawki, a na pewno piwnicę, piwnicy przecież nie zburzyli. Cały czas jest tam gdzieś pod ziemią. Przejeżdżając tam, będę mieć tego świadomość.
czwartek, 24 września 2015
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Kolovoz
Jest to dla mnie dość spokojne lato, przetykane zwykłymi niepokojami egzystencjalnymi i pogodnym myśleniu o niepewnej przyszłości. Czy będzie za szybko jakaś zagłada, jak będzie się żyło na świecie po nowych wielkich migracjach, czy podwórko wystarczy, żeby uprawiać rolnictwo, co zrobić na obiad. Niewiele się dzieje i zmienia. W ostatnim czasie jedynie raz dostałam ataku histerii, gdy rozdarłam o klamkę nową koszulę, tuż po wyprasowaniu. W przypływie dramatyzmu zerwałam ją z siebie, aż guziki rozsypały się po pokoju. Dziś pokornie przyszywałam. Lekko się waham, czy uparcie nosić zaszytą, czy też nie. Jeszcze nie wiem. Mimo wszystko chcę zachować swoją godność, tym bardziej że wybywam znowu za granicę. Wtedy się w końcu dużo pozmienia. Zagranico będę tam, gdzie kiedyś, na południu. Jadę już zaraz, więc składam w walizki te koszuliny, książki, puszki z fasolką i inne zapasy. Sierpień upływa na wykańczaniu zleceń bez specjalnego przekonania, cięciu drewna dla O. na zimę, robieniu dżemów na wyjazd, a wszystko to od czasu do czasu przetykam lekką histerią z błahych powodów. Chciałam dla odprężenia napisać coś o przodkach, zaczynając od tego, jak ciotka przyszła pożyczyć maszynę do czyszczenia srebra, ale chyba poprawiam za dużo bardo złych tekstów, bo wyszło zupełnie bez wyrazu. Więc odłożyłam i będzie czekało na emigrację, może na dachu nad morzem wyjdzie lepiej. I nie będzie prowadziło zawsze do myśli, że przodkowie umarli, a ich śmierć jest figurą naszej śmierci. Chociaż to też dobry motyw. Tym pozytywnym akcentem chwilowo kończę. Nonsensy.
sobota, 1 sierpnia 2015
Praca kontra życie, Maganuna kontra Maganuna
Ponieważ jestem szalenie pracowita, a do tego uwielbiam majsterkować, ostatnie wpisy na blogu były poświęcone zwykle także mojej walce z pracą. O ile pisałam. To było o tym, jak odwlekam. Tym razem jest tak samo, w wikendy zwykle odwlekam bardziej, bo nie zawsze potrafię jak cywilizowany człowiek NIE pracować w szabas i niedzielę. Z tej okazji wczoraj robiłam dżemy z jabłek (papierówek), a dziś podłogę w spiżarni. Zacznę od pierwszej z tych dwóch spraw.
Odkryłam fantastyczny sposób robienia dżemów, które są tak naprawdę pieczonymi jabłkami. Zdradzę tę tajemniczą recepturę Maganuny (tajemnicę babuni z internetu?): nastawiam je na jakieś 5-7 minut w mikrofalówce, zasypane cukrem. Bardzo niestaroświeckie i pozbawione uroku. Później, jak uznam, że się upiekło-gotowały, przekładam do słoików i pasteryzuję. Urok jest wspaniały, pieczenie w piekarniku się nie umywa do tego sposobu, gorąco polecam.
Druga kwestia to podłoga. Może kiedyś uda mi się rozmnożyć jeszcze bardziej moje złote talenty i zyskać dzięki temu miliony monet. W chałupie niektóre pomieszczenia od lat nie dorobiły się podłogi, w tym spiżarnia. Był tam tylko dół między fundamentami zabudowany przypadkowymi drewnianymi śmieciami. Wyrzuciłam dziś wszystkie żdżory i klonkry (jako że dostałam nowe zlecenie, które mogę odwlekać) i ukonstruowałam stelaż pod nową, normalną podłogę. Po południu powstała i sama nawierzchnia. Ściany też pomalowałam. Przy okazji przeraziłam się, że umoczyłam rękę w żrącej cieczy, która pozbawiła mnie czucia i wytworzyła odrażający bąbel pokryty schodzącą czerniejącą skórą, ale okazało się, że to tylko resztka pianki montażowej, do której przykleił się pył.
To chyba tyle, idę robić naleśniki z tajną recepturą.
Odkryłam fantastyczny sposób robienia dżemów, które są tak naprawdę pieczonymi jabłkami. Zdradzę tę tajemniczą recepturę Maganuny (tajemnicę babuni z internetu?): nastawiam je na jakieś 5-7 minut w mikrofalówce, zasypane cukrem. Bardzo niestaroświeckie i pozbawione uroku. Później, jak uznam, że się upiekło-gotowały, przekładam do słoików i pasteryzuję. Urok jest wspaniały, pieczenie w piekarniku się nie umywa do tego sposobu, gorąco polecam.
Druga kwestia to podłoga. Może kiedyś uda mi się rozmnożyć jeszcze bardziej moje złote talenty i zyskać dzięki temu miliony monet. W chałupie niektóre pomieszczenia od lat nie dorobiły się podłogi, w tym spiżarnia. Był tam tylko dół między fundamentami zabudowany przypadkowymi drewnianymi śmieciami. Wyrzuciłam dziś wszystkie żdżory i klonkry (jako że dostałam nowe zlecenie, które mogę odwlekać) i ukonstruowałam stelaż pod nową, normalną podłogę. Po południu powstała i sama nawierzchnia. Ściany też pomalowałam. Przy okazji przeraziłam się, że umoczyłam rękę w żrącej cieczy, która pozbawiła mnie czucia i wytworzyła odrażający bąbel pokryty schodzącą czerniejącą skórą, ale okazało się, że to tylko resztka pianki montażowej, do której przykleił się pył.
To chyba tyle, idę robić naleśniki z tajną recepturą.
środa, 22 lipca 2015
Atrakcje na końcu świata
Dzisiaj cały dzień odnawiałam meble, ponieważ jak niemal co dzień muszę pracować. Kończy się na tym, że przez większość dnia zajmuję się muszeniem pracować, a pod koniec dnia w popłochu nadrabiam albo i nie, odkładając na czas paniki przed dedlajnem. To temat na kolejną impresję, a mianowicie, że albo będę zarządzać sobą w czasie, albo lepiej wrócę na etat. Albo znajdę takie zlecenia do robienia w domu, których nie będę za często nienawidzić. Choć to dziwne, bo na etacie nie przeszkadzało mi, jeśli nienawidziłam tekstów, które poprawiałam. W każdym razie odnawiałam dziś meble przez cały dzień. Skończyłam drewniany fotel sprzed wojny. Prawie zrobiłam do końca biblioteczkę z po wojnie. Albo sprzed, bo nie wiem, czy z tyłu jest data 37 r. czy 57 r. Zrobiłam część ławy. Wszystko to meble z litego drewna, które dają mi poczucie stabilności. Zdzieram stare lakiery, odkorniczam, bejcuję i lakieruję na pół matowo. Nie są to jakieś cuda wianki, ale są miłe i ładne, a dla mnie bardzo przyjemne i ładne.
Poza tym z atrakcji codziennych to ugryzła mnie osa. To dla mnie faktyczna niespodzianka, bo od lat mnie to nie spotkało. Trochę boli, bo przed chwilą zobaczyłam ją na nodze podczas zmywania. Musiała się przedostać. Zatłukłam, ale zdążyła, więc mam atrakcję - w końcu coś się wydarzyło. Ostatnio nawet burze nie były spektakularne, tylko czasem trochę wieje. Oprócz tego raczej nic, a osy interesują mnie bardziej niż dyskoteki czy nowe narkotyki. A! Nieprawda. Dwa dni temu poszłam biegać, dobiegłam aż do kościoła w sąsiedniej wsi i z powrotem, a wracając, znalazłam białego kota. Ogłoszenie o jego zagubieniu wisiało z sklepie już drugi miesiąc, ktoś musiał go dokarmiać przy remontowanej, do niedawna zdemolowanej stacji benzynowej i szrocie prowadzonym przez ćwoki. Kot był miły i siedział ze mną dwa dni, jak robiłam korekty w salonie, po czym został odebrany przez chłopca z miasta, który przechowywał kota na wsi u rodziców. Więc takie atrakcje też u mnie występują.
Aktualizacja: następnego dnia wylała pralka i to też była spora atrakcja. A kilka dni później była burza, co zawsze jest wydarzeniem odświętnym.
Poza tym z atrakcji codziennych to ugryzła mnie osa. To dla mnie faktyczna niespodzianka, bo od lat mnie to nie spotkało. Trochę boli, bo przed chwilą zobaczyłam ją na nodze podczas zmywania. Musiała się przedostać. Zatłukłam, ale zdążyła, więc mam atrakcję - w końcu coś się wydarzyło. Ostatnio nawet burze nie były spektakularne, tylko czasem trochę wieje. Oprócz tego raczej nic, a osy interesują mnie bardziej niż dyskoteki czy nowe narkotyki. A! Nieprawda. Dwa dni temu poszłam biegać, dobiegłam aż do kościoła w sąsiedniej wsi i z powrotem, a wracając, znalazłam białego kota. Ogłoszenie o jego zagubieniu wisiało z sklepie już drugi miesiąc, ktoś musiał go dokarmiać przy remontowanej, do niedawna zdemolowanej stacji benzynowej i szrocie prowadzonym przez ćwoki. Kot był miły i siedział ze mną dwa dni, jak robiłam korekty w salonie, po czym został odebrany przez chłopca z miasta, który przechowywał kota na wsi u rodziców. Więc takie atrakcje też u mnie występują.
Aktualizacja: następnego dnia wylała pralka i to też była spora atrakcja. A kilka dni później była burza, co zawsze jest wydarzeniem odświętnym.
piątek, 26 czerwca 2015
Tak
Dziś po raz pierwszy od dawna świadomie robię sobie dzień zupełnie wolny. Zmęczyłam się wszystkim i nawet nie mam siły jechać na Ziemie Przodków. Dopiero wczoraj udało mi się zamknąć niemal wszystkie sprawy zawodowe i naukowe, po czym odeszły ze mnie wszystkie siły. Przez to budzik nastawiony na 8 rano zadziałał dopiero o 10. Wyłoniłam się z dziwnego niby-mroku, w którym śniła mi się wielka zima. Śniły mi się pokryte wielkimi zaspami śniegu pagórkowate pola sprzed dwudziestu lat i my brnący przez nie. Sen był zupełnie realistyczny. Świeciło słońce, a my szliśmy. Wstałam, mając wciąż w głowie śnieg, wyszłam na pomost, żeby poćwiczyć swoje wymyślone asany. Następnie zrobiłam sobie jajecznicę z rumiankiem, po czym poczułam się nieco normalniej, wystarczyło postanowienie wolnego dnia, że malało rozpłoszenie i zaczęłam wchodzić w głąb swoich myśli ze spokojem. Teraz zamierzam zajmować się sprawami domowo-ogrodowymi, a w przerwach czytać. Czytanie mnie uspokaja, w przeciwieństwie do internetów. Spokój to jedna z moich podstawowych wartości. Idę.
PS "Tak" - ulubione słowo Yoko Ono.
PPS Kiedy wchodziłаm do pokoju Ђ. i mówiłаm "dzień dobry", odpowiadał z zadowoleniem "tak".
PPS Z ważnych rzeczy: znalazłam wczoraj pod jabłoniami wielkie kępy poziomek! Okazało się, że to co kosiłam w każdym roku, myśląc "o, jakie ten chwast ma podobne liście do poziomek", jest nimi. Siedziałam w trawie, zrywając i jedząc, szklankę zebrałam i zasypałam cukrem w słoiku.
PS "Tak" - ulubione słowo Yoko Ono.
PPS Kiedy wchodziłаm do pokoju Ђ. i mówiłаm "dzień dobry", odpowiadał z zadowoleniem "tak".
PPS Z ważnych rzeczy: znalazłam wczoraj pod jabłoniami wielkie kępy poziomek! Okazało się, że to co kosiłam w każdym roku, myśląc "o, jakie ten chwast ma podobne liście do poziomek", jest nimi. Siedziałam w trawie, zrywając i jedząc, szklankę zebrałam i zasypałam cukrem w słoiku.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
Potok myśli o szyciu
Jestem z siebie dość zadowolona, bo zorientowałam się wreszcie, że potrzebuję czegoś w rodzaju urlopu, najlepiej odpoczynku połączonego z niemyśleniem. Bo siedzę w domu zagrzebana w tekstach, swoich i nieswoich, i jestem coraz bardziej oderwana. Poznałam to po tym, że gdy chciałam wydrukować fragment pisanego właśnie tekstu, który musiałam szybko komuś zanieść, a drukarka przestała działać, kopałam ją w szale tak długo, aż chyba już nie będzie działać. Była i tak niedobra i mnie denerwowała regularnie, dostałam ją kiedyś w zamian za książkę, ale świadczy to, że muszę zadbać o moje nerwy. Ponieważ nie chodzę do pracy, tylko wykonuję ją w domu, to ostatnio zupełnie nie zapominam o pracy. Muszę się nauczyć. Na razie jedyną zmianą środowiska będzie wyprawa ze Złym Dziadkiem do sadu po czereśnie w najbliższym czasie. Dzięki temu skutecznie zapomnę o pracy, bo Zły Dziadek doprowadzi mnie do rozpaczy. Niby się już przyzwyczaiłam, że między innymi upiera się, żeby prowadzić samochód, i robi to, dopóki nie złapią go skurcze w nogach. Prawda, że to urocze? Przywykłam do jazdy, podczas której myślę sobie, że może nie zginiemy, ale kto wie. Poza tym krzyczy na mnie, jeśli wycieram ręce od czereśni w robocze ubranie. Trzeba w szmatkę. Brzmi nieszkodliwie, ale po dniu z nim... po dniu z nim zupełnie nie pamiętam o korektach. Tak. Więc to będzie pierwsza odmiana od roboty. Później Zła Babka chciała jechać na Litwę do swoich kuzynek, które mieszkają przy cmentarzu. Często się myli i mówi, że mieszkają na cmentarzu. Nie wiem, czy to przetrwam, ale może spróbuję. A później zrobię sobie wolne również od Złych Dziadków, zamknę się na strychu i nie wyjdę, aż mi wszystko przejdzie.
środa, 3 czerwca 2015
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)