środa, 28 sierpnia 2019

D.N.A.

"Blog umarł, to jasne, ale ja jeszcze żyję".

W tym roku po raz pierwszy spisałam postanowienia noworoczne, co uważam za głupie. Pomyślałam, że może własnoręcznie wywierana presja coś da, ponieważ jestem podatna na presję i nieasertywna. Jednym z postanowień było pisanie czegoś raz w tygodniu, żeby organ nieużywany nie zanikł. Jest to akapit o niemocy. Nie wynika ze mnie tekst. Jest to dla mnie symptomatyczne, nie miałam tak przed trzydziestym rokiem życia. Może coś ze mnie wynika, ale pogodne przygnębienie większość przyćmiło. Myślę, jak dalej przelewać w tekst moje zakopane piwnice, zasypane śniegiem salony i strychy.

Z dużą dozą cierpliwości odezwał się do mnie kosmiczny podróżnik z dawnego czasu, ze zwykłym pytaniem, co u mnie. Nie odpisałam, bo co mam zalewać ludzi potokiem ponurszości. Gryzłam się tym i w stałym odruchu przedłużałam milczenie, myśląc, że mi się poprawi. Napisał drugi raz i wtedy, już odpowiedziawszy, postanowiłam spróbować się reanimować tekstowo. Dlatego wspomnę historyjkę sprzed paru miesięcy. Stąd D.N.A. w tytule. Próbuję wrócić do pisania, wtedy może lepiej napiszę sobie i odpiszę jemu.

Jakiś czas temu zamówiłam dla Złych Dziadków zestawy do testów genetycznych. Dziadek bardzo się zainteresował i od razu wykonał, babcia zaś, jak tylko uwierzyła, w czym rzecz, zaczęła się śmiać w głos tak, jak jak od chyba lat nie słyszałam, żeby się śmiała, faktycznie ubawiona! Tego się nie spodziewałam. Jak się przestała śmiać, oznajmiła, że NIE BĘDZIE robić żadnych testów genetycznych. Bo dobrze wie, że jej WYJDĄ TYLKO ŻYDY, a dziadek pochodzi od małpy i to też wie.

Przez parę tygodni próbowałam negocjować, aż użyłam koronnego zawsze skutecznego argumentu, że zmarnują się pieniądze, i kazałam zrobić test. Zła Babka przekonana wzruszyła ramionami i przygotowała próbkę, patyczkiem z policzka, tak to wygląda. Wysłałam próbki i po paru miesiącach otrzymaliśmy wyniki. Liczyłam na egzotyczne cuda, bo ta magia nadal trochę na mnie działa. Wynik obejmuje teoretycznie grupy etniczne, ale zdefiniowane raczej regionami.

Babci wyszło około:
60% Bałtowie
20% Bałkany
10% Europa Wschodnia
4% Mongolia (która po załadowaniu do innego serwisu stała się Nepalem i Syberią, co sprawiło, że przestałam tak bardzo wierzyć w te testy) + inne drobne.

Dziadkowi wyszło około:
70% Bałtowie
20% Europa Wschodnia
10% Irlandia/Szkocja/Walia, co mnie oczywiście zaskoczyło, ale nie każdy musi mieć pojęcie o pochodzeniu swoich pradziadków.

Nabyłam też test dla mej matki, zakładając, że te trzy badania będą zawsze dużo ciekawsze niż zrobienie ich sobie samej. I wyszło:
50% Europa Wschodnia
40% Bałkany
5% Bałtowie, 5% Finlandia.

Byłam zadowolona z oczekiwanej dawki egzotyki, mimo że wyniki przesłane do innego serwisu dały dość inne dane. Mongolia daleka od Nepalu, choć bliższa Syberii, więc pewnie wiarygodna jest po prostu jakaś Azja. Ilość bałkańskości mnie zaskoczyła. Kraje bałtyckie były dla mnie oczywiste, jako że obydwoje ze Złych Dziadków urodzili się w tej części ZSRR. Największy miałam żal, że nie było zapowiadanych Żydów, czyżby się wytracili w procesie zaniku genów? Jak teraz będę rządziła światem? Jak powrócę do Izraela, do Ziemi Obiecanej, jako że trzeba pewnie uciekać z mojego życia? W tym oto stanie pozostawiło mnie to badanie. Na wszelki wypadek zachłyśnięta możliwościami zrobiłam test też sobie, dzięki czemu mogę formalnie twierdzić, że "nie jestem prawdziwą Polką" (taki zarzut chyba padał w pewnym momencie w stronę S.?) w ogromnej, jak widać poniżej, dawce:
#narcyzm
#samouwielbienie
#urojenia
#mitomania

wtorek, 28 maja 2019

W zasypanej ziemią piwnicy

Całkiem niedawno, na wiosnę, śniło mi się, że grabiłam ogródek na drugiej werandzie w K., przygotowywałam ziemię pod nasturcje, bo była już prawie wiosna i trzeba było sprzątnąć resztki zeschniętych liści i łodyg. Wyciągałam kawałki starego tynku z ziemi przy fundamencie, gdy ziemia w jednym miejscu obsunęła się nieco, wpadając bardziej w szczelinę między grządką a domem. Weranda nie była tak naprawdę już werandą, tylko samym fundamentem po niej przylegającym do domu, wypełnionym ziemią i pokrytym przez większość roku sianymi przez K. nasturcjami. Ale teraz ziemia się obsunęła,  tworząc szczelinę. Spojrzałam w głąb, ale nie było nic widać. Zaczęłam więc odgrabiać ziemię, odkładając nasturcje na później, aż szczelina robiła się coraz większa, aż oczom moim ukazała się góra łukowato sklepionego okienka, jak z drugiej strony domu, tam, gdzie zimą trzymaliśmy dżemy i kartofle oraz marchew zasypaną piaskiem. Sięgnęłam po łopatę i odrzucałam ziemię, aż odkryłam większość okienka. Przede mną widniała ciemna dziura prowadząca najwyraźniej do piwnicy, częściowo zasypanej ziemią. Jak to możliwe, pomyślałam, że nikt mi nigdy nie powiedział, że z tej strony domu tak samo były piwnice? Czy to możliwe, żeby nawet I. o tym nie wiedziała? Trochę się zaniepokoiłam, bo skoro piwnicę ktoś zasypał, to najwyraźniej miał ku temu swoje powody. Może było w niej coś niepokojącego. Poszłam po lampkę na baterie i wczołgałam się do środka, przygotowana na najgorsze, ale bez większego lęku, bo już wchodziłam do różnych dziur schowanych w kilku miejscach starego podwórka, i natrafiałam na nietypowe rzeczy – jak na przykład schowane w suchym piasku pod zachowanymi z 1870 roku schodami na strych przejście do roku 1984. Albo schowana na strychu skrzynka z czymś, co brat pradziadka chciał ukryć w latach 20. Albo dziwne urządzenie odkryte pod obniżonym już dawno dachem nad paszownikiem. Już nie mówiąc o drugiej studni, która była tu od zawsze, ale zakopano ją tuż po wojnie, kiedy Niemcy wyjechali już z domu. O tym myślałam, wczołgując się do piwnicy. I o tym, co wrzucono do stawu. Co znalazłabym w kanałach irygacyjnych zakopanych pod polem też jeszcze za czasów prapradziadka. Pewnie muł, pomyślałam, kanały zawsze dobrze odprowadzały wodę i nikomu nie przyszłoby do głowy zaszczepić w nich coś dziwnego. Wczołgałam się do piwnicy i nie było mi łatwo oddychać z powodu wilgoci i przytłoczenia bardzo niskim stropem, a może mimo wszystko zaczynającego się ataku paniki. Zobaczyłam tylko zbutwiałe stosy "Kobiety i życia", po czym w popłochu wyczołgałam się na zewnątrz, kopiąc rozpaczliwie nogami, żeby jak najszybciej być z powrotem na słońcu.

poniedziałek, 25 lutego 2019

Plany na plany

S. (podsumowując moje żale, że w filmie superbohaterskim ktoś ważny ginie i nic nie można na to poradzić): "We współczesnej narracji, gdzie Bóg umarł, już nawet ludzie umierają naprawdę i na zawsze".

V. Woolf: "W książce ktoś musi umrzeć, żeby inni docenili życie". Czy to nadal aktualne w perspektywnie poprzedniego?

Sama się z siebie śmieję, że nie jestem już pogodna, że zgorzkniałam i nic mnie nie cieszy, a to wcale nieśmieszne. Tak w piątek powiedziałam koleżance na pytanie, co tam u mnie: wszystko ok, nic mnie już nie cieszy, S. mnie chce wysłać do sanatorium pod klepsydrą. Tak siedziałam i myślałam nad tym, od kiedy Natalia zadała komentarz. Zawsze była trafna. A ja zawsze miałam tendencję do oszukiwania nawet samej siebie i wpadania w sidła, które sama pozastawiałam. Cokolwiek by to miało znaczyć, puenta jest taka, że chyba oczadzieję, jak to potrwa jeszcze dłużej niż rok. Więc prawdopodobnie oczadzieję, bo do emerytury jeszcze sześć lat (mimo że kartoteka w pracy twierdzi, że 2 lata 10 miesięcy).

To ogólnie nie wpis ciekawy, tylko wpis motywujący. Muszę (samodyscyplina, nie rozplatanie narracji, tylko muszę)
- pływać jak najczęściej po pracy, bo wtedy do końca dnia jestem zupełnie zadowolona z życia, a nawet momentami zachwycona, i mam wrażenie, że jestem normalną, dawną sobą, a nie korpotruchłem z wypranym cyframi mózgiem;
- być mniejszym korpotruchłem i dawać z siebie nieco mniej niż wszystko włącznie z wyprutymi żyłami, a pozostałe parę procent przeznaczyć na siebie (procentów w formie alkoholu lepiej nie, tym bardziej, że mam luty miesiącem bez alkoholu po tym, jak miałam grudzień i styczeń miesiącami z alkoholem codziennie jako pierwszą czynnością po pracy);
- jak się tylko zrobi cieplej, jeździć do pracy rowerem (co ciekawe, nadal się wszystko kręci wokół pracy, cudownie wyprotezowałam swoje życie ciałem obcym);
- biegać (nadal kręcimy się wokół fizyczności, bo tylko to przekłada mi się na przywracanie dawnych wartościowych funkcji mózgu);
- pomyśleć, gdzie się wynieść z śródmieścia;
- może sprawić sobie jakąś przyczepę kempingową albo inne pseudomieszkalne dziadostwo...
Jak tylko mam wolny czas i nie muszę marnować życia na pracę, cieszy mnie wszystko: słucham muzyki i bardzo mi się podoba, czytam i może mnie to pochłonąć nawet na godziny, porządkuję Przodków w drzewie i w tekście, robię po kawałku korektę do nieco już przedawnionego projektu... jest mnóstwo rzeczy, które mnie cieszą, jeśli tylko znajdę na nie czas i siłę.
- odświeżyć rosyjski (bardziej fizyczne niż psychiczne!).

Z wpisu niewiele wynika, ale mi porządkuje myśli.

Jakie są możliwości radzenia sobie z wyjątkowo absorbującą korpopracą? Jak odciąć się od niej poza nią, kiedy przywykło się wcześniej przez całe życie swoją pracę (która miała jakiś sens) wykonywać zawsze najlepiej, jak się potrafi?

cdn.

wtorek, 1 stycznia 2019

Korytarze

Kiedy A. skończył dziewięćdziesiąt lat, uświadomił sobie, że nawet jeśli będzie żył – zgodnie z oczekiwaniami dla osoby z jego mieszanką genów – co najmniej sto dwadzieścia lat, nie będzie już nigdy młody. Mogło mu bardziej zależeć na wyglądzie lub mniej, to zależało od dekady, ale kiedy skończył czterdzieści pięć lat, okazało się, że specjalnie się nie zmienia, został nieco zasuszonym mężczyzną w średnim wieku aż do tej dziewięćdziesiątki. Wtedy zaczął wyglądać jak zasuszony mężczyzna koło sześćdziesiątki. Zapomniał już dawno, co to znaczy być młodym, chociaż czasami docierał do niego błysk z przeszłości. Zwykle w momentach intymnych. Jego powierzchowność zaś nie miała w sobie wiele z młodości, mimo wyprostowanej postawy i szybkiego kroku. Zaciętość w ruchach i ponura pogoda w oczach, przemieszana z drwiną, wskazywała raczej na starego cynika.

Maganuna w tym czasie pisała w łóżku starego domu w Barcelonie swoją niefabularną opowieść o przemijaniu. Modne miejsce, pomyślała, powinnam je nazwać choćby Kalińcem, żeby brzmiało to mniej pretensjonalnie i nawiązywało do moich stron. Co robią teraz moi przodkowie? Może spacerują czasem po przejściu do roku 1984. Jakbym się tam sama dostała, mogłabym się z nimi spotkać. Ale wiemy już, co się wtedy dzieje, do korytarza trzeba się przeczołgać przez długą i wąską piaszczystą norę zaczynającą się pod schodami na strych, a to nic bezpiecznego, może się zawalić i kogoś zasypać, a pewnie tak by się stało, i znowu kolejny przodek przeniósłby się do tzw. wieczności. Na razie pozostaje mi pamiętać, że oni tam są. Mogą sobie wejść do tego pokoju i wyglądać na drzewa przed ponad trzydziestoma laty. Czasem jest wiosna, czasem jest jesień, raczej wczesna niż późna pora dnia, ale niepokojące wieczory przed burzą też się zdarzają. Tylko rok się nie zmienia. Bańka mydlana.

Wszystko jest tylko w mojej głowie, jest cały czas w mojej głowie, jest różą, jest różą, jest różą.

niedziela, 30 grudnia 2018

Pogrzeb pradziadka

Pogrzeb pradziadka (puenty nie ma, jak to we współczesnej narracji, która oddaje brakiem dawnej struktury, że Gott ist tot).

W październiku spadła na mnie nieoczekiwana wieść, zadzwonił Zły Dziadek i zawiadomił mnie, że na początku listopada odbędzie się pogrzeb pradziadka i że chciałby, żebym była obecna jako jedno z trzech prawnucząt, które pradziadek znał.

Zdębiałam.

Pamiętałam jeszcze pradziadka, cieszył się ze swoich prawnuków i mam w głowie jego obraz, jak siedzi w kuchni i się do mnie uśmiecha. Byłam w lekkim szoku, bo pradziadek umarł, gdy miałam pięć lat. Urodził się w ZSRR w 1905 roku i żył na tyle długo, żeby doczekać końca PRL. W czasie wojny aresztowany, w przeciwieństwie do rozstrzelanych na miejscu szwagrów trafił, zdaje się, do obozu w Kozielsku, skąd miał być przewieziony do Katynia, ale udało mu się uciec z transportu przez dziurę w podłodze pociągu. Taka to historia.

Pradziadek żył długo, ale nie żyło im się dobrze z moją Złą Prababką, poślubioną z tzw. rozsądku. (Prababcia żyła jeszcze dłużej, umarła, kiedy uczyłam się już do matury.) Nosiło go więc po kraju i ostatecznie umarł w niezrozumiałym dla mnie i niewyjaśnionym przez rodzinę mieście.

Zły Dziadek niewiele wyjaśnia, po prostu mówi, jak jest. Powiedział tylko, że przenosi grób pradziadka, żeby był pochowany tu, gdzie teraz mieszkają, razem z prababcią. Zła Babka powiedziała mi na stronie, że prababcia by się w grobie przewróciła, bo nienawidziła pradziadka, ale że nie będzie już tego dziadkowi przypominać, bo widocznie po osiemdziesiątce ma potrzebę mienia rodziców pochowanych w pobliżu. Ma rację, tak mogę sama dbać o groby, zamiast zapominać, gdzie w dziwnych miejscach kraju je znaleźć.

Wydarzenie trwało dłużej, niż się spodziewałam. Wszystko się wydłużyło, bardzo przeciągnęło, nie poszło po myśli, więc ostatecznie wróciłam na jakiś czas do domu i dotarłam na właściwy pogrzeb późnym popołudniem. Pradziadek został pochowany w nowym miejscu w surowej drewnianej skrzyni. Dziadek, który pojechał na poprzednie miejsce pochówku, żeby wszystko nadzorować, jako że w swojej naturze nie dowierzał, że grabarze faktycznie go nie oszukają i nie przywiozą pierwszej lepszej garści ziemi, zrelacjonował mi przebieg całego dnia drobiazgowo, ze szczegółami, dużo bardziej obrazowo, niż bym oczekiwała.

Amen.

Niewolnica Isaura

Przemierzałam spokojnie mrok swoich szarych dni, kiedy nagle z odrętwienia stanu przetrwalnikowego wyrwał mnie komentarz Natalii. Chwilowo przebudzona, zaskoczona czym innym niż powtarzalność i jałowość, w pierwszej chwili zakrzyknąć chciałam "ale jak to? ja tak zrobiłam? faktycznie! dlaczego?!", jednak zachłyśnięta niemocą (i osłabiona lekami) opadłam z rozpłoszenia, żeby przemielić temat w tyle głowy i przypomnieć sobie po pewnym czasie, po co i dlaczego doprowadziłam swoje życie do status quo.

Mój stan trwający trzy lata postanowiłam opisać wierszem, który powstał przypadkiem, gdy skopiowałam kluczowe fragmenty poprzedniego wpisu, oto on:

"MGNN"

Straciłam kontrolę nad czasem wolnym i życiem
dałam się złapać w pułapkę
w czasie wolnym jestem już na tyle zmęczona, że nie wiem, kim jestem
coś z moim życiem nie tak
zwolnienie lekarskie na atak histerii
doprowadzona do ostateczności.

(30.12.2018) [*]

Blog zapadł się w sobie, bo służył do opisywania mojego pogodnego i radosnego życia. Żeby nie było, czasem takie prowadzę, ale wtedy jakoś nie mam głowy do pisania. Nie będę naginać rzeczywistości – zgorzkniałam, zmętniałam i oskorupiłam się nieco w formie przetrwalnikowej. Nigdy nie uważałam, że jestem stworzona do dążenia do milionów monet w korporacjach, raczej utrzymywałam, że powinnam hodować kury, wyrzucać gnój, zanosić świniom gotowane kartofle. Tak się jednak złożyło, że przyszło mi w końcu opuścić wieś (sprawy włości trzeba było w końcu rozwiązać i taki jest efekt, uważam go i tak za najlepszy z możliwych) i zamieszkać w formie przetrwalnikowej w mieście, pracując w tzw. evil corp. Nałożenie tych dwóch czynników oraz kilku innych logicznym ciągiem wywołało mój stan.

Nie mieszkałam nigdy na stałe w mieście, wychowałam się naprawdę daleko od szosy i jeśli w wieku chrystusowym nie jestem w stanie znieść miasta (mimo że oczywiście doceniam jego zalety), to się to już nie zmieni. Mogłam mieszkać w Barcelonie, ale to było coś innego. Oczekuję od swojego życia, że na moim podwórku będą kury albo trawa, a nie parking nierówny z powodu nigdy nieuprzatniętego gruzu po żydowskiej kamienicy. Ale jakiekolwiek to byłoby miasto, byłabym niezadowolona, po prostu wyciągnęłam się siłą ze swojego środowiska do obcego, nawet jeśli nie nieprzyjaznego. Skoro już się rozwlekłam, to będę szła dalej. Jestem bardziej zmęczona niż kiedyś, bo nadal nie umiem odpocząć do końca, słysząc w mieszkaniu cichy, ale stały szum ruchu ulicznego. Wyrywa mnie ze snu telewizor sąsiadki o 2 w nocy, mimo że nie są to wielkie hałasy. Po prostu mam tu płytki sen, a do zatyczek do uszu odnoszę się z abominacją.

Biedna Maganuna! Musi mieszkać w ciepłym mieszkaniu w centrum miasta, straszne! Nie musi palić w piecu, mieć na przystanek trzy kilometry, ogarniać całego gospodarstwa, wyrzucać gnoju też nie musi, potworne! Jak ona to znosi, bez gnoju!

Tyle w temacie miejsca. Nie wyjaśniłam jednak, dlaczego doprowadzam się do ruiny psychofizycznej, nadmiernie obciążając się pracą. Odpowiedź jest prosta i raczej naiwna: liczę, że jeśli tak będę czyniła jeszcze przez kilka lat, będę mogła koło wymarzonej czterdziestki rzucić to wchuj i zorganizować kury i proszczoki (a przede wszystkim, rzecz jasna, ziemię do wyrzucania gnoju), żeby w wolnych chwilach brać zlecenia korektorskie. Naiwne? Nie wiem, bo jestem w środku tej wizji, ale wyjaśnia mi ona moje położenie: nie miałam innego pomysłu, żeby zrealizować swoje plany, zanim stuknie mi osiemdziesiątka.

Oczywiście sprawa nie jest czarno-biała, czyli nie jestem ciagle tylko zmęczona. Maganuna uwielbia dramatyzować i użalać się nad sobą. W rzeczywistości zakrzywia się codzienność, a ja, mimo że mniej pogodna i mniej twórcza, nadal mam czas na swoje pasje. Wbrew pozorom trochę podróżuję, prowadzę nawet jakieś życie towarzyskie, raz w miesiącu wychodzę z domu, tylko uważam media społecznościowe za nowotwór i oprócz bloga nie chcę w nich nic publikować. (Kupiłam nawet abonament do kina, po czym zmarnowałam miesiąc, bo trzeba by było wyjść z domu. Przez rok wybierałam się na jogę w polecanym miejscu, aż zamknęli szkołę.) Pływam dużo więcej niż kiedyś, joga też mi się nieco rozwinęła i jestem w lepszej formie niż trzy lata temu. (Jestem cyniczna, zgorzkniała i opryskliwa.) Spędzam czas z rodziną, uwielbiam nasze dzieci, mimo powtarzania przez lata, że to nic dobrego. (Faktycznie uwielbiam nasze dzieci.)

Tyle o formie przetrwalnikowej. Trochę ruszyłam mózg, to może napiszę więcej. Miałam w listopadzie napisać o pogrzebie pradziadka, na którym niespodziewanie byłam, a już koniec grudnia, więc pewnie uda się w styczniu lub nigdy.

środa, 11 lipca 2018

Zginęła pochłonięta dorosłym życiem i innymi bzdurami

Okazuje się, że dałam się wkręcić w kołowrót tzw. dorosłego życia i zanim się zorientowałam, straciłam kontrolę nad czasem wolnym i życiem. To znaczy życiem nieprzeżartym korporacją – najwyraźniej jednak dałam się złapać w pułapkę. Siedzę ponad normę, wyobrażam sobie pieniądze i zajmuję się analizą ogromu wirtualnych danych, gram w cyferki, żeby kwoty się zgadzały. Na wiosnę ocknęłam się na chwilę i w przypływie potrzeby sensu wzięłam jedno, drugie i trzecie zlecenie korektorskie, żeby czuć satysfakcję, że coś, co zrobiłam, miało sens, było ciekawe i cieszyło ludzi czym innym niż przelew lub deklaracja podatkowa. Bo takim rodzajem biurwy jestem. Pracując z językami przodków. Więc, podsumowując, w czasie wolnym jestem już na tyle zmęczona, że nie wiem, kim jestem, i spędzam całe godziny, oglądając wszystkie dostępne nagrania Joan Rivers. Jeden z moich normalnych wieczorów, to znaczy po tym, jak już po powrocie z pracy odleżę godzinę niczym zdechła larwa albo inna rozjechana rozgwiazda, to ten spędzony z jedną z moich idolek. Polecam Joan Rivers abroad in London. Ogólnie nie obchodzi mnie wcale, jak przepadają jakieś Michaele Jacksony, Ejmi Winehouse czy Davidy Bowie, ale z Joan Rivers zrobiło mi się przykro. Przynajmniej żyje dalej w mojej psychice jako czynnik mobilizujący do życia. Lub jako sygnał, że coś z moim życiem nie tak, skoro zatapiam się na kilka godzin w starych programach.

Czas wolny mi nieco przepadł, przecież kiedy tu wziąć urlop, skoro jest się niezastąpioną, mówiąc w językach wszystkich przodków i będąc taką wspaniałą! Przecież kto zrobi tyle co ja, tym bardziej, jak wszyscy odeszli z pracy i MGNN została sama, taka niezastąpiona! W tejże sytuacji MGNN myśli, że powinna dostać zwolnienie lekarskie na atak histerii w miejscu pracy, bo tego już nikt nie zakwestionuje. Doprowadzona do ostateczności jest świetna w histerii.

Dobrze, że jeszcze tylko siedem lat do emerytury!

W ostatnich dniach też nieco odtajałam, drylowałam wiśnie i przypomniało mi to, co jest w życiu istotne. Za dwa tygodnie zamierzam też w końcu wymusić urlop i wybrać w strony rodzinne po całych miesiącach niebytu.

Powinnam się pewnie zaniepokoić, skoro wszystkie ostatnie notatki były o tym, jaka to jestem zmęczona pracą, ale po chwilowym niepokoju uznałam, że to cena, jaką się płaci za poczucie bezpieczeństwa i zapewnienie sobie jakiegoś spokoju na późniejsze lata. Wszystko zaplanowałam na tę emeryturę za siedem lat. Zostało mi parę szczegółów, na przykład jak przemówić sobie do rozumu, że domek letniskowy to nie jest rozwiązanie na starość.

Z nowości to jeszcze zrujnowałam się na samochód, wymuszając na S., żeby zapłacił co najmniej jedną trzecią, ale samochód po miesiącu się zepsuł i stoi bez wieści w warsztacie, więc jestem rozbawiona, że życie i tak zrobiło jak zawsze.

Z satysfakcjonujących rzeczy to kupiłam niedawno okazyjnie trzy wielkie słoje suszonych pomidorów w oleju, choć jeden stłukłam, co było bardzo przykre, ale pozostałe dwa słoje zagłuszyły żal. Dostałam obrazek z feniksami. Przeczytałam książkę dla dziesięciolatek i takiej literatury potrzebuję. Zrobiłam (a właściwie zrobiła O.) wiśnie na nowe sposoby, nie na tajemnicę babuni. Posprzątałam niemal całą piwnicę. Przeczytałam kolejną książkę o ewolucji życia, żeby umieścić się we właściwej perspektywie. Normalnie powiedziałabym swojej ewentualnej psychoterapeutce, że bardzo lubię swoje życie, a ona by pewnie odparła "Jakoś pani nie wierzę, wyczuwam jakiś fałsz w tych słowach, czy nie próbuje się pani sama przekonać?". Oczywiście! Nawet mi się w miarę udało.