niedziela, 11 października 2020

Niepoważne i poważne, czyli czyż nie dobija się korektorek w kosmosie, gdy nie dbają o Złą Babkę?

Śniło mi się, że Jane Fonda umarła i byłam na pogrzebie. Było mi smutno, bo przecież miała się tak dobrze, sama mi to mówiła, kiedy rozmawiałyśmy na bankiecie charytatywnym (który we śnie był stypą po pogrzebie, ale nie przeszkadzało to Jane Fondzie dalej żyć, mieć się właśnie dobrze i ze mną rozmawiać, jednocześnie będąc pochowywaną), kiedy stałam onieśmielona, a ona mówiła, że robimy kawał dobrej roboty, te książki – wtedy nieśmiało i głupio wtrąciłam, że I am just a proofreader, ale Jane Fonda spojrzała na mnie karcąco, dając do zrozumienia, że ma na myśli całokształt prądu, w którym się znajdujemy. Na bankiecie wyglądała jak zawsze zjawiskowo, ale starałam się o tym nie myśleć, przypominając sobie, za co ją szanowałam przez lata. Chciałam powiedzieć coś inteligentnego, ale przypominały mi się tylko fragmenty Czyż nie dobija się koni oraz, co gorsza, Barbarelli w kosmosie, co do której nie mogłam się zdecydować, czy darzę ją kultem, czy zniecierpliwieniem. Jane Fonda z kieliszkiem w dłoni i rogalikiem w drugiej odpłynęła, by rozmawiać z innymi gośćmi.

W zeszłym miesiącu nie mogłam pojechać ze Złą Babką do przychodni i byłam zmartwiona, że będzie musiała pojechać sama. Babcia odparła: "Nie martw się, przez całe życie nikt o mnie nie dbał i dożyłam osiemdziesiątki". Później, słuchając wiadomości o wydarzeniach zza wschodniej granicy, babcia zorientowała się, że w dzieciństwie mieszkała kilka lat na Białorusi – usłyszała nazwę miejscowości, do której z siostrą zostały wysłane do ciotki, kiedy ich mama zginęła w 1944 roku w wypadku (wjechała w nią ciężarówka z pijanym kierowcą tuż pod Ostrą Bramą). Wcześniej myślała, że była to Litwa, w której spędziła życie do zamążpójścia i wyjazdu do Polski, to znaczy do nowej Polski, na tak zwane z jakiegoś powodu Ziemie Odzyskane. Czas spędzony u ciotki skończył się też na fatalnych zdarzeniach. Kiedy obie dziewczynki siedziały wykąpane w izbie na dole, w nocnych koszulach, do domu wszedł mężczyzna i zapytał, czy wuj jest w domu. Babcia, która była wtedy tylko małą dziewczynką, Helą, miała może pięć lat, zaprzeczyła. Mężczyzna rozejrzał się i zaczął wchodzić na strych, gdzie ciotka coś robiła. Dziewczynki przerażone wyszły z domu, Hela pobiegła na pole i położyła się w swojej nocnej koszuli między redlinami, żeby jej nie było widać. W tym czasie mężczyzna pewnie nie dostał się na strych, gdzie przebywała ciotka, bo okazało się, że zdążył podpalić dom i poszedł. Zdaje się, że uważał, że wuj jest w partyzantce. Ciotka wyskoczyła z palącego się już domu przez okno na strychu, podczas upadku poraniła mocno rękę. Wkrótce zjechali się ludzie ze wsi, próbowali dom ugasić, ale się nie udało. Ciotka z wujem zostali ze zgliszczami, a dziewczynki w samych nocnych koszulach, wszystkie ich ubrania spaliły się wraz z domem. W tych koszulach i okryte futrami zostały zabrane w inne miejsce, chyba już do innej ciotki do Wilna, ale tego już nie jestem pewna i muszę zapytać. 

Mniej więcej w ten sposób moja Zła Babka dożyła do ponad osiemdziesiątki.

poniedziałek, 17 lutego 2020

Fragmenty

Upiekłam w tygodniu szarlotkę i zawiozłam do dziadków. Babcia się ucieszyła i powiedziała, że to jej ulubione ciasto. Kiedy kilka lat temu zachorowała, jej ciocia zapytała, czy je. Na twierdzącą odpowiedź zareagowała z ulgą, "to dobrze, znaczy będzie żyła". Babcia mówi, że póki chce jeść i jej smakuje, to znaczy, że jest względnie dobrze. I że jakby nie mogła, to co to za życie bez jedzenia. Dziadek mówi, że przecież jej smakuje wszystko. To chyba dobry znak.
Powiedzieli też, że chcieliby, żebym z nimi pojechała do Słonima i Wilna, bo inaczej nigdy więcej sami nie pojadą – tam, gdzie się urodzili.
Później babcia dała mi dwa prześcieradła, mówiąc z pogodnie a pragmatycznie, żebym wzięła i używała, bo przecież jak ona umrze, to i tak trzeba będzie większość rzeczy powyrzucać.

niedziela, 8 grudnia 2019

Lista ważnych rzeczy

kawa i rogaliki na werandzie

muchozol jako tajna broń

magazyny z paniami

pismo złej babki

po wizycie u złych dziadków MGNN uciera zioła ojca muszki na truciznę

samochod na klej (wychodzi trochę taniej)

trucizna na lisy

młyn wodny

aplikacje (naszywki) w kształcie skorków

drzewo owocowe, którego nie ma

mikstury na porost, mikstury remedia

mutna voda

co trzeba zrobić, żeby sprzedać duszę diabłu

coś łopotało o okno łazienki

łazienka nie miała okna

wypluwanie dziwnych rzeczy

samochód widmo

Śniło mi się, że znalazłam stek bredni wyssanych z palca

Dziadziuś przyjechał na Wigilię odnowioną własnoręcznie syrenką z kołami o czerwonych szprychach. Zjadł bigos i grzyby w occie, wypił kompot z suszu. Pamiętam, jak kilka miesięcy wcześniej ją remontował. Wyglądał wtedy już dużo lepiej, śmiał się, co dawno mu się nie zdarzało. Przykręcił te nowe, kolorowe koła wygrzebane na sobotnim rynku w Koźminku, po przeciwnej stronie, niż się kupuje kury i proszczoki, pomalował karoserię na szaro. Wolał na piaskowo, ale uznał, że do czerwonych kół nie pasuje. Wlał do baku klej Konrada Wirtanena, bo samochód miał po nim większą moc, no i wychodziło taniej niż benzyna, a bezpieczniej niż olej rzepakowy. Dziadziuś zapakował rzeczy w swoją drewnianą walizkę z wojska, zabrał ze sobą stare imadło, które miał po swoim dziadku, ręczną wiertarkę, hebel i kilka innych narzędzi. Pewnie chciał gdzieś się urządzić z warsztatem i tym dalej zajmować. Babcia miała do niego dojechać, jak pozałatwia swoje sprawy tutaj, w fabryce lalek i innych miejscach, poza tym jeszcze miała jechać z pracy na wycieczkę do Drezna. Jednak później źle się poczuła i musiała dłużej zostać w domu, czując się raz gorzej, raz lepiej, a dziadziuś urządzał dla nich dom sam. Nie wiedzieliśmy, co się u niego dzieje, bo listy wtedy nie dochodziły, telefonów nie było, a on sam był bardzo dlaeko i mógł przyjeżdżać bardzo rzadko, raz, najwyżej dwa w roku. Czas mijał i babcia bywała w różnych nastrojach, zwykle starała się być pogodna i była, bo taki miała charakter. Wstawała rano i cieszyła się tym, co miała. Czasem tylko robiła się nagle smutna i przez chwilę zastanawiała nad wszytstkim, co było daleko, czasem rzucając „cholerny świat”. Miała na szczęście dużo swoich zajęć, oprócz czytania i rysowania szyła, dawała ziarno kurom, przynosiła do domu kurczaczki i się nimi dodatkowo zajmowała, zanim podrosły. Kurczaki siedziały cicho w garnkach wyłożonych szmatkami, żeby było im ciepło i przytulnie, czasem robiły „cił, cił”, ale zwykle nie. Siedziały w cieple i rosły. Wtedy nie robiliśmy już rosołu. Wcześniej dziadziuś niepostrzeżenie dla kury wykonywał gdzieś ruch nożykiem, po czym kura była martwa. Ja przestałam jeść mięso, choć później musiałam zacząć na nowo, bo mi się krew zepsuła. Kury chodziły zadowolone po podwórku, a my mieliśmy dużo jajek. 

Maszyna do czyszczenia srebra

Była dziś u nas ciocia Tola, żeby pożyczyć maszynę do czyszczenia srebra. Mama mówiła, że to dlatego, że jeszcze przed wojną ciocia miała poważny wypadek i musieli jej wstawić kilka protez ze srebra. Nigdy ich nie widziałam. Ciocia co jakiś czas przychodziła i pożyczała maszynę, nie było to na tyle często, żeby opłacało jej się kupować własną, a nasza i tak zwykle stała nieużywana, jako że nie mieliśmy wiele srebra, a i sama maszyna nie była naszym nabytkiem, tylko została na strychu po Niemcach, którzy zajęli dom w czasie wojny. Miała kanciastą drewnianą obudowę z ozdobnym logo „….”. Srebro wkładało się do środka do specjalnej szufladki, wlewało odpowiednią ilość wody, wsypywało ingrediencje, po czym nakręcało się maszynę i ta działała sobie powoli i spokojnie przez dłuższy czas, pobrzękując cicho od czasu do czasu. Po czyszczeniu srebro było w maszynie w zupełnie innym miejscu, najwyraźniej podczas procesu przechodizło jakąś specjalną drogę, ale nigdy nie wiedzieliśmy jaką, bo nikt nie miał instrukcji. Na początku srebro było czyszczone na gorąco, wkładało się do maszyny od spodu blok żelaza nagrzany jak duszę do żelazka, ale któregoś dnia nie uważaliśmy i przepaliło się dno. Ciocia Tola powiedziała, że nie szkodzi, bo skuteczniejsze jest czyszczenie na zimno, a potem i tak dezynfekuje srebro w piekarniku. Nie powiedziała tego mnie, tylko mamie, bo niewielu osobom mówiła o takich szczegółach, ale mama zwykle przekazywała mi różne informacje, żeby gdzieś się nie zagubiły.

Ze zwierzeń ponurej histeryczki dramatycznej

1. Róża jest różą jest różą jest różą jest różą

Co ze starymi piwnicami? Strychami? Zasuszonymi nietoperzami i kapeluszami prababek?

Ślady ich koni zasypie śnieg.

Przypomniał mi się chowany pod ziemią pokój, w którym cały czas był 1984 rok. Można się tam było dostać przez tunel, do którego wejście odkopała M. pod schodami na strych. Dało się tam odczuć różne pory roku, ale tego samego. M. wchodziła i zastanawiała się: „Ciekawe, czy jestem na świecie?” albo mówiła, jeśli wiał wiosenny wiatr: „Jaki spokój. Nie ma mnie na świecie”.

- Miejsce, w którym jest rok 1984? Co to w ogóle za pomysł? Po co ci enklawy starego czasu, tak ci źle w tym? Myślisz, że wcześniej było lepiej?
- Oczywiście, że nie. Wcześniej było tak samo lub gorzej. Ale jak mam podwórko, na którym cały czas przejawia się 1984 rok, albo taki jeden pokój na strychu, gdzie ten rok ciągle jest, to mnie to uspokaja. Daje złudzenie, że można jakoś zapobiec utracie albo trochę ją spowolnić. Pokój też w końcu się zestarzej i pewnie rozsypie, prawda? Ale czas się w nim zatrzymał. Poza tym wszystko jest w naszej głowie. Gdy wejdę do tego pokoju lub zajrzę na podwórko, na którym jest jesień 1984, wchodzę w stan psychiczny, w którym moje zmartwienia się jeszcze nie wydarzyły. To nieprawda, bo się wydarzyły, ale jednocześnie prawda, w tym miejscu. To tylko wmawiane sobie kłamstwo, ale działa. Mnie to uspokaja, a potrzebuję ukojenia, skoro lecimy przez zimną pustkę na kawałku skały, a moje życie ściska się w imadle nieskończoności [dwa zapożyczenia myśli histerycznej].

2. Jakiego pisarza naczytała się MGNN, ponieważ odkryła w jego narracji pomysły, które jej samej chodziły po głowie?

3. A tak naprawdę to jestem na co dzień zbyt zmęczona, żeby się czymkolwiek martwić i produkować górnolotne pretensjonalne wynurzenia. Raczej kładę gładzie i kafelki, wymieniam drzwi, wyrzucam graty z piwnicy. Schron apokaliptyczny / postpostmodernistyczny / innejapokalipsyniebędzie.

4. Zapisałam sobie, że mam opisać dwa sny, i nie opisałam.

sen o bezlitosnej starotestamentowej Matce Boskiej

sen o dziwnych grzybach i roślinach za stawem w K.

środa, 28 sierpnia 2019

D.N.A.

"Blog umarł, to jasne, ale ja jeszcze żyję".

W tym roku po raz pierwszy spisałam postanowienia noworoczne, co uważam za głupie. Pomyślałam, że może własnoręcznie wywierana presja coś da, ponieważ jestem podatna na presję i nieasertywna. Jednym z postanowień było pisanie czegoś raz w tygodniu, żeby organ nieużywany nie zanikł. Jest to akapit o niemocy. Nie wynika ze mnie tekst. Jest to dla mnie symptomatyczne, nie miałam tak przed trzydziestym rokiem życia. Może coś ze mnie wynika, ale pogodne przygnębienie większość przyćmiło. Myślę, jak dalej przelewać w tekst moje zakopane piwnice, zasypane śniegiem salony i strychy.

Z dużą dozą cierpliwości odezwał się do mnie kosmiczny podróżnik z dawnego czasu, ze zwykłym pytaniem, co u mnie. Nie odpisałam, bo co mam zalewać ludzi potokiem ponurszości. Gryzłam się tym i w stałym odruchu przedłużałam milczenie, myśląc, że mi się poprawi. Napisał drugi raz i wtedy, już odpowiedziawszy, postanowiłam spróbować się reanimować tekstowo. Dlatego wspomnę historyjkę sprzed paru miesięcy. Stąd D.N.A. w tytule. Próbuję wrócić do pisania, wtedy może lepiej napiszę sobie i odpiszę jemu.

Jakiś czas temu zamówiłam dla Złych Dziadków zestawy do testów genetycznych. Dziadek bardzo się zainteresował i od razu wykonał, babcia zaś, jak tylko uwierzyła, w czym rzecz, zaczęła się śmiać w głos tak, jak jak od chyba lat nie słyszałam, żeby się śmiała, faktycznie ubawiona! Tego się nie spodziewałam. Jak się przestała śmiać, oznajmiła, że NIE BĘDZIE robić żadnych testów genetycznych. Bo dobrze wie, że jej WYJDĄ TYLKO ŻYDY, a dziadek pochodzi od małpy i to też wie.

Przez parę tygodni próbowałam negocjować, aż użyłam koronnego zawsze skutecznego argumentu, że zmarnują się pieniądze, i kazałam zrobić test. Zła Babka przekonana wzruszyła ramionami i przygotowała próbkę, patyczkiem z policzka, tak to wygląda. Wysłałam próbki i po paru miesiącach otrzymaliśmy wyniki. Liczyłam na egzotyczne cuda, bo ta magia nadal trochę na mnie działa. Wynik obejmuje teoretycznie grupy etniczne, ale zdefiniowane raczej regionami.

Babci wyszło około:
60% Bałtowie
20% Bałkany
10% Europa Wschodnia
4% Mongolia (która po załadowaniu do innego serwisu stała się Nepalem i Syberią, co sprawiło, że przestałam tak bardzo wierzyć w te testy) + inne drobne.

Dziadkowi wyszło około:
70% Bałtowie
20% Europa Wschodnia
10% Irlandia/Szkocja/Walia, co mnie oczywiście zaskoczyło, ale nie każdy musi mieć pojęcie o pochodzeniu swoich pradziadków.

Nabyłam też test dla mej matki, zakładając, że te trzy badania będą zawsze dużo ciekawsze niż zrobienie ich sobie samej. I wyszło:
50% Europa Wschodnia
40% Bałkany
5% Bałtowie, 5% Finlandia.

Byłam zadowolona z oczekiwanej dawki egzotyki, mimo że wyniki przesłane do innego serwisu dały dość inne dane. Mongolia daleka od Nepalu, choć bliższa Syberii, więc pewnie wiarygodna jest po prostu jakaś Azja. Ilość bałkańskości mnie zaskoczyła. Kraje bałtyckie były dla mnie oczywiste, jako że obydwoje ze Złych Dziadków urodzili się w tej części ZSRR. Największy miałam żal, że nie było zapowiadanych Żydów, czyżby się wytracili w procesie zaniku genów? Jak teraz będę rządziła światem? Jak powrócę do Izraela, do Ziemi Obiecanej, jako że trzeba pewnie uciekać z mojego życia? W tym oto stanie pozostawiło mnie to badanie. Na wszelki wypadek zachłyśnięta możliwościami zrobiłam test też sobie, dzięki czemu mogę formalnie twierdzić, że "nie jestem prawdziwą Polką" (taki zarzut chyba padał w pewnym momencie w stronę S.?) w ogromnej, jak widać poniżej, dawce:
#narcyzm
#samouwielbienie
#urojenia
#mitomania