wtorek, 10 marca 2015

Jak NIE robić

Przechodziłam dziś przypadkiem obok jakiegoś stoiska promocyjnego na uniwersytecie. Pomyślałam, że coś tam reklamują, a ponieważ z daleka widziałam tace ze słodkim, od razu ściągnęłam w tamtą stronę.

MGNN (podchodząc z chciwym wzrokiem do stolika): - Dzień dobry, czy to jest miejsce, gdzie można dostać cukierka?

Pani: - Dzień dobry. Nie tylko. Można też dostać pracę. (Wymienia pracę, którą chciałaby dostać MGNN, a nawet jej szukała.)

MGNN: - Jak się na starcie rzuciłam tylko na cukierki, to czy wszystko już stracone?

Pani: - Nie, proszę wypełnić formularz.

No i wypełniwszy, pójdzie do jakichś i baz i kto wie. Mam dwie połowiczne prace i jednej nie lubię, więc chętnie wymieniłabym ją na tę promowaną, nawet bez cukierków. (Wzięłam dwa, mam nadzieje, że to nie zaprzepaści moich szans.)

wtorek, 10 lutego 2015

Aluminiowa Syrena

Wracałam wczoraj wieczorem do domu dość późno w nocy i zauważyłam coś, czego z jakiegoś powodu wcześniej nie widziałam. Na dziurawej drodze było pełno kałuż z roztapiającego się śniegu. W miarę jak jechałam naprzód, plamy światła z reflektorów odbite w kałużach wędrowały w górę krajobrazu, tworząc ławicę podłużnych jasnych plam unoszących się i znikających w drzewach po bokach i na polach.

Dziwne zjawisko. Dość logiczne, ale wcześniej tego nie dostrzegłam, a często jeżdżę po niezbyt luksusowych traktach. Może po prostu mój poprzedni samochód miał inaczej ustawione lampy, a może rzadko jeździłam tuż po deszczu.

Zdjęcia poglądowe nie przedstawiają mojego prawdziwego samochodu, tylko wymarzony, który znalazłam na allegro jeszcze w czasach emigracji na Południu (Kostabrawa) i mało nie kupiłam, mimo że nie miał silnika ani skrzyni biegów. (To pewnie rodzaj schorzenia.)

Jeździ na superklej z filmu "Ucieczka Pippi", podobnie jak syrena, w której bawiłam się w dzieciństwie. Dziadziuś miał ją zawiesić na łańcuchach na akacji, żebyśmy siedzieli sobie na górze, ale w końcu sprawa się rozmyła. Jakiś czas temu śniło mi się, że założył do niej drewniane koła, wziął czerwoną walizkę i odjechał.



piątek, 6 lutego 2015

Tik - tak - tik - tak

Wiecie, przez chwilę myślałam, że znowu wyjadę na południe. Spakuję walizkę, dwie, albo tak jak Claire Fisher zapakuję samochód kartonami i wyprowadzę się z fun home w nowy, nieznany świat. Przez chwilę, a nawet kilka dłuższych chwil, byłam na skraju decyzji, bo pojawiła się pewna możliwość. Znowu wyjechać na południe, tym razem wiedząc, czego się chce od szycia, z inną głową, żeby żyć i poczuć coś nowego. Wyjść na chwilę ze starych kolein i poczuć zmianę, inność.

Ale w pewnym momencie pomyślałam, że tutaj jest za dużo mojego szycia. Wciąż jeszcze dużo i dlatego chcę zostać. Jak nie będzie dla kogo, spakuję te walizki i do widzenia, będziecie mogli do mnie przypłynąć łódką, albo i nie, bo będzie za daleko i wszyscy powoli o mnie zapomną, a ja będę siedzieć w innej bajce i śnić o moim starym życiu. Na suchych pagórkach będę myśleć o świerkach pod śniegiem. Takie wizje miałam w głowie, myśląc o ziemiach na południu.

Całkiem możliwe, że faktycznie to zrobimy. Ale nie dziś. 

niedziela, 4 stycznia 2015

MGNN na Czarnym Szlaku (tytuł znowu niezwiązany za bardzo z tekstem)

Ocknęłam się po kilku godzinach brnięcia przez poprawiany tekst i wyjrzałam przez okno. "Czarna noc, biały rum", przemknęło mi przez głowę dosyć nieadekwatnie, bo dopiero się ściemniło, przed chwilą minęła piąta po południu. Rum mi w głowie, okraszanie nudy piosenkami z zupełnie innej bajki. Teraz to bardziej... hmm, jaka piosenka pasowałaby na teraz? Na przykład o tym, że wyrzuciłem telewizor przez okno, rozbił się na tysiąc kawałków. Možda sam neprilagođen. Od kilku dni mam ochotę spacerować, jeździć rowerem, nawet biegać po lesie - głównie dlatego, że mam więcej pracy. Wkradła się nawet do obszaru MGNN, co naturalne, skoro przeszła do sfery domowej, wcześniej izolowanej od pracy zawodowej. Kiedyś w domu tylko rąbałam drewno, robiłam porządki w ogrodzie, czasem dorabiałam kawałki domu i wypoczywałam - teraz jest trochę inaczej, jeszcze nie do końca przywykłam. To znaczy, właściwie się przyzwyczaiłam i umiałam zaplanować czas, rozdzielić smażenie dżemów od wysmażania zleceń, oddzielając je zupełnie, ale akurat spadły na mnie dwie książki i coś zaszwankowało. Od kilku dni siedzę pomieszana i chodzę rozpłoszona. Chcę już wrócić do przestoju w pracy i zająć się egzaminami, dzięki którym z pewnością wkroczę na nową, lepszą ścieżkę życia, albo i nie.

Dzisiaj wyszłam z domu tylko na chwilę. Naszykowałam się, wzięłam do torby aparat, żeby porobić zdjęcia lasu i śniegu, co sprawia mi najwięcej przyjemności, ale akurat pojawiła się O., która wcześniej określiła porę swojego przyjazdu jako "za dnia", a poproszona o sprecyzowanie odpisała: "za dnia", więc w końcu zawitałam tylko do sklepu i kupiłam dwa piwa. Nie piję właściwie w ogóle alkoholu, bo jeśli nawet gdzieś wychodzę (zwykle mówię znajomym: "nie umówię się z wami, w tym miesiącu już wyszłam na miasto"), to jest to wyjście poprzedzone jechaniem samochodem do najbliższego miasta. Okazało się, że tylko dzięki piwu jestem w stanie dalej płynąć przez odmęty suchego oceanu do korekty! Co jakiś czas zerkam dla relaksu na Amerykę Południową na podświetlanym globusie i płynę dalej.



Wczoraj natomiast wyszłam na dłużej, pojechałam rowerem w moje ulubione miejsce na odludziu, gdzie stoi stary opuszczony dom, mój ostatnimi czasy wymarzony, chciałabym tam kiedyś zamieszkać i zrobić go po swojemu. Wokół nie ma nic oprócz lasu i pól, droga dojazdowa jest beznadziejna, więc może nikt go nie kupi, zanim stanę się bogata, choć sama też go nie kupię, bo przecież mam gdzie mieszkać i jest to wieś tuż obok wspomnianego przybytku. Jeździmy tam często z S. rowerami, tj. jeździliśmy, zanim wpadliśmy w zimowe lenistwo. Poniżej zdjęcia poglądowe, żebyście mogli się przerazić, jak moje niektóre koleżanki, które powiedziały, że to wygląda jak Dom Zły i za nic nie chciałyby tam mieszkać.









piątek, 19 grudnia 2014

Krytyka tematyczna i roboty na wysokości

Dziś wieczorem ja, bo wczoraj praca i wcześniej dzisiaj praca, a jeszcze wcześniej praca i zajęcia. Ja polega na rzuceniu pracy, nad którą czaję się przed komputerem, by przerzucać deski do salonu, przycinać je, układać wstępnie w kształt podłogi [powracający motyw]. Tak, jeśli przypadkiem ktoś pamięta, że robiłam sufit nad salonem, to ma rację - nie pospieszyłam się za bardzo z podłogą, minęły dwa lata. To niestety logiczne, bo pracując na etacie, nie miałam siły. Teraz zaś jestem na razie tylko o jakąś jedną trzecią biedniejszą frilancerką, tylko czasem o połowę, a za to mogę robić podłogi w salonach (ktoś chce? może kafelki? malowanie? z korekty nie zawsze wystarcza na szycie). No i tak ładnie te deski na podłodze wyglądają, że chyba jutro zrobię zdjęcie, dzisiaj nie, bo nadal mi się nie chce iść do sklepu na końcu wsi, żeby kupić włączniki do świateł i najprostszą lampę, więc, jak się pewnie łatwo domyślić, jest ciemno. Taki to salon. Na ścianach ma tynk, który wygładzam farbą podkładową, bo uznałam, że oszaleję, kładąc gładzie. Kładłam w zeszłym roku w dużo mniejszej kuchni i oszalałam, choć może głównie dlatego, że była to kuchnia Złych Dziadków i Zły Dziadek cały czas stał pod drabiną i mówił, gdzie niedokładnie, i krzyczał, że mam nie wycierać szpachli w ubranie. Teraz pracuję sama i wszystko wycieram w ubranie.
Tak, piszę też oczywiście dlatego, że mam akurat zlecenie z całkiem poważnego miejsca, i oczywiście presja, żeby było dobrze, nieco za bardzo mnie nabuzowuje, więc prokrastynuję.

Poniżej zdjęcie sprzed robót w salonie. Postaci żeńskie oraz męskie zostały przebiegle rozmyte, żeby nikt ich nie rozpoznał. Odtajnię je dopiero, gdy założymy ekipę remontową Gotowi Na Wszystko.



niedziela, 14 grudnia 2014

Mała apokalipsa

MGNN wraca do domu z miasta. Po drodze mija sklep. Przelotnie dziwi się - "Dlaczego ktoś nazwał sklep APOKALIPSA? co tam sprzedają?!".



chwila



Delikatesy.

sobota, 6 grudnia 2014

Nie mam w głowie zdań

To oczywiście nie ta zima i nie ta wiosna. Próbuję pisać, ale zatrzymuję się po jednym zdaniu. Nie ten czas.