sobota, 6 lutego 2016

Jak radzić sobie z samą sobą

Wróciłam z Kostabrawy i znienacka wylądowałam na rozmowie kwalifikacyjnej. Żeby było zabawnie, to nie na stanowisko z j. hiszpańskim, który przez ostatnie półtora roku ćwiczyłam, tylko ze słoweńskim. O którym na rozmowie powiedziałam, że nie jest najlepszym z moich języków, ale daje radę. No i mnie wzięli, więc będę musiała się przyzwyczaić do nowego trybu życia, nauczyć masy rzeczy, ożywić mój słoweński, a poza tym nie okazywać zdziwienia, jak na konto wpłynie wypłata – bo na przykład należności za horrory dla młodzieży, które poprawiałam jesienią, jeszcze nie dotarły na moją wieś daleko od szosy. To z pewnością kwestia oddalenia prowincji od centrum świata. To tyle o niskich sprawach takich jak pieniądze. Bardziej pouczający jest oczywiście morał z całej historii:

Z biegiem lat nauczyłam się na rozmowach o pracy opowiadać bez mrugnięcia okiem bzdury, na które sama bym nigdy nie wpadła. (Nauczyłam się też nie reagować na potworności i idiotyzmy wygadywane przez rekruterów.) Nawet nie mam na myśli tego, że powiedziałam, że nie palę się do pracy ze słoweńskim, a mnie wzięli. Raczej chodzi mi o to, że na przykład:

Ja w środku: – Uciekaj. Zacznij wydawać piski i wybiegnij z sali, one mają żakiety i garsonki, a ten młodszy od ciebie japiszon wygląda jak tabelka Excela.
MGNN na zewnątrz: - Tak, bardzo zainteresowała mnie oferta państwa firmy.

Pracodawca: – Jak radzi sobie pani ze stresem?
Ja w środku: –  Zaraz zemdleję. Zwymiotuję z nerwów na jego schludną biznesową koszulę.
MGNN na zewnątrz: – Mówiąc szczerze, przestałam mieć problemy ze stresem. Po prostu wykonuję swoje zadania. Nie mam problemów ze stresem.

Pracodawca: – Dlaczego nie pracuje już pani dla poprzedniego pracodawcy?
Ja w środku: – Bo skurwysyn wydzwaniał do mnie w sobotę o 22, że robię za wolno?
MGNN na zewnątrz: – Rynek wydawniczy się kurczy i nie ma już takiego zapotrzebowania na korektorów.

Pracodawca: – Dlaczego chciałaby pani dla nas pracować?
MGNN na zewnątrz: – Możliwość pracy ze słoweńskim to niepowtarzalna okazja, żeby połączyć pracę i pasję.
Ja w środku: – Potrzebuję pieniędzy, a dajecie sporo.

środa, 20 stycznia 2016

Żydowskie Wzgórze

Byłam dziś na spacerze po cmentarzu na Montjuïc – tak, po naszemu to Żydowskie Wzgórze. Zupełnie nie jak Wichrowe Wzgórza, bo kamieniste, porośnięte kaktusami, liśćmi laurowymi i widokiem na morze. Jak żyłam tu kiedyś, już siedem lat temu, to chodziliśmy tam biegać i, co dziwne, nigdy nie odkryliśmy, że za zakrętem jest cała wielka twierdza, z której ostrzeliwano miasto. Ale do rzeczy, bo to jakieś osadzone w rzeczywistości. Więc byłam na cmentarzu i chodziłam smętnie, starając się wyglądać zgrzebnie i odpowiednio do miejsca – dzięki ponuremu nastrojowi mi się udało. Patrzyłam na niebieskie menażerie zamknięte w szklanych gablotach grobów i myślałam o tym, że cały czas myślę, że coś ukradzionego z cmentarza przyniosłoby nieszczęście. Spostrzegłam oczywiście całkiem sporo starych, rozpadających się Matek Boskich, ale wszystkie stały na grobach. Chodziłam długo, myśląc, że może jakaś spadła, bo wtedy z ziemi już mogłabym ją wziąć, ale żadnej nie było. Kradziona na pewno przyniosłaby nieszczęście. Kiedyś w opuszczonym domu przy lesie znalazłam figurkę Matki Boskiej i przyniosłam do domu, ale S. zwrócił mi uwagę, że ma bardzo złą twarz, więc zaniepokojona zostawiłam ją w koszyku przed domem i jest tam do dziś. Nie jestem głupia, żeby samej zaprosić coś złego do domu. Więc na cmentarzu też przestrzegam pewnych podstawowych zasad.

Chciałam napisać coś jeszcze, ale mam absolutną amnezję...

A. Przyszedł czas małych rozliczeń. Wracam z Kostabrawy do Polszy. Nie do końca jestem z tego zadowolona, mimo powrotu do siebie i na swoje. Wracam do ludzi i do domu, bo okazuje się po przemyśleniu, że jestem za stara, żeby się od nich i od pewnych miejsc oderwać. Przyzwyczaiłabym się, jakżeby nie, życie nad morzem i w górach jednocześnie ma mnóstwo plusów dodatnich, ale za dużo by mnie to kosztowało. Trochę szkoda, ale najwyraźniej tak ma być. Szkoda mi słońca i spokoju. Nawet przyjechałam tu samochodem, nie oszukujmy się: z myślą, że może zostanę, więc muszę mieć ze sobą samochód, który bardzo lubię. Zawsze lubiłam swoje samochody, począwszy od zardzewiałego uno odziedziczonego po nieboszczku ojcu, przez kupione za pierwsze wypłaty tiko, aż po obecny samochód marki stypendium doktoranckie (jedyny pożytek z doktoratu). Taka dygresja. Więc wrócę budować powoli dalej swojość. Oby udało mi się prędko zamieszkać w lesie daleko od szosy.

A teraz trochę zdjęć z cmentarza. Brzmi przygnębiająco, ale wygląda nie do końca tak. Motyl jest z Żydowskiego Wzgórza. A na końcu szalona niespodzianka.


Tak, to jest Matka Boska z Montserrat, siedzi na uchwycie od płyty nagrobnej.

Ja to uznałam za symbol wyzwolenia, ale możecie mieć własne interpretacje.








I niespodzianka, która sprawiła, że wyszłam z cmentarza w nieco lepszym nastroju:


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Słowo na poniedziałek

Chciałabym mieszkać w lesie. Może jakbym mieszkała daleko od świata, to nie martwiłabym się wycinką Puszczy Białowieskiej i nie zastanawiała, czy nie byłoby wspaniale zrzucić na niektóre miejsca w kraju bomby ze stratosfery. Na razie pozostaje mi oglądanie (w ramach odwlekania pracy) pouczającego serialu produkcji amerykańskiej pt.: "Nastoletni wilk" (ang. "Teen Wolf"). Więcej napiszę, kiedy dojdę do wniosku, co zrobić z moim wygnaniem w Barcelonie. 

piątek, 27 listopada 2015

Między światami

Trochę wsiąkłam w życie południowe, śródziemnomorskie, co objawia się tym, że zupełnie nie pamiętam, że jestem nad morzem i w jednym z większych miast europejskich. Chodzę na zajęcia, po zajęciach spaceruję po wzgórzach przy domu (wtedy przypominam sobie na chwilę, że to morze i kostabrawa, bo widzę morze i miasto z góry), czasem poprawiam lepsze lub gorsze teksty, sama niewiele pisząc. Jak zwykle wiele czasu poświęcam bezproduktywnemu myśleniu o szyciu. Na razie nic nie wymyśliłam. Chcę być w Barcelonie i chcę być na wsi u siebie, więc jedynym rozwiązaniem jest rozdarcie się lub magiczne nałożenie się światów. (Buduję pozytywną narrację, bo sama mam dosyć swojego narzekania, że "nie chcę być w obcym miejscu, ale i nie chcę być w Polsce jako aparacie państwowym", idzie mi przyzwoicie). Nie piszę za wiele, bo nawet moje fantazje są ostatnio bezproduktywne. Budzę się w nocy, mówię S., że właśnie mi się coś śniło, ale rano już nie wiem, co to było, a on nie wie, że coś mówiłam. A sny są chwilowo ciekawsze od rzeczywistości, którą trzeba mozolnie budować, bez instrukcji i z ograniczonym zestawem narzędzi. Tą oto zardzewiałą myślą na dziś skończę.

niedziela, 11 października 2015

Pouczający dialog przy śmietniku

Zrobiliśmy porządki i poszliśmy do dalszych kontenerów, żeby wyrzucić do nich śmieci z ogrodu, takie jak zgnita cukinia.

Fannie: - Może teraz pójdziemy do baru, żeby nie siedzieć cały czas w domu?
Maganuna: - Ale z torbami na śmieci? Będę z nimi wyglądała jak biedna imigrantka.
Fannie: - Przecież jesteś imigrantką i jesteś biedna. Ucz się nie przejmować, co myślą inni.

poniedziałek, 5 października 2015

Ołowiane trzewiczki

Coś mi się nie chce rano wstawać. Nieważne, że z domu wychodzę dopiero o dziewiątej, i tak mi się nie chce. Cały czas od przyjazdu zapadam tu, na Południu, w studnię z lepką wodą snu, która zamyka się nade mną i ledwo odpuszcza od rana. Ta metafora to pewnie wpływ mrocznego harlequina, który właśnie poprawiam. Śnią mi się niby-miłe, niby-dziwne rzeczy, Żydzi sprzed wojny w Koźminku, co jakiś czas stare akacje nad stawem, znowu samochód na klej. Te same motywy. Przynajmniej nie wraca pterodaktyl na strychu. Wstałam dziś, otworzyłam okiennice i powoli wróciłam do żywych. Naprzeciwko jest szkoła specjalna, więc zwykle i po przebudzeniu nie jestem pewna, gdzie jestem, bo dzieci wydają dużo nietypowych dźwięków, a ich ulubionym zajęciem jest dmuchanie w piszczałki. Wypiłam kawę, zjadłam pożywne śniadanie w postaci dwóch sztucznych babeczek i wstawiłam chleb. Rósł od wczoraj, ale poszło mu raczej przeciętnie. Piekarnik piecze według własnych sekretnych ustawień, więc też nie wiem, co z tego wyjdzie, ale mam nadzieję, że chleb, bo nie mogę już patrzeć na bagietki. (Na początku miałam napisać, że powinnam założyć na jakiś czas ołowiane trzewiczki, żeby nie marudzić i poczuć się po ich zdjęciu dobrze w swoim życiu, ale właśnie okazuje się, że chwilowo nie trzeba).

PS Z wiekiem staję się dojrzała i rozsądna. Kiedy jechałam na zajęcia moim dzielnym samochodem, znienacka zza lusterka wyszedł duży żółty pająk (to na pewno jadowita araña) i zaczął wędrować na wysokości moich oczu. W jego oczach było coś przeraźliwego. Pomyślałam sobie: "Nawet jak spadnie mi na twarz, co się na pewno stanie, nie mogę rozbić samochodu". Prawda, że rozsądne? Araña zniknęła, więc pewnie się jeszcze niestety spotkamy.

PPS Aktualizacja: dwa dni później pająk spadł z lusterka prosto na mnie, na szczęście nie na twarz. Poczułam na ręce, a później nodze szmyranie odnóż. Dojechałam do czerwonego światła, rozejrzałam się – aranii nie ma. Na szczęście na następnym skrzyżowaniu wlazła na drzwi, z których została ostatecznie wyrzucona na zewnątrz. Ręcznie, gołymi ręcami.

Ach, jakby ktoś się zastanawiał, to nie wiem, jakim sposobem zastrzegłam wcześniej bloga. Nie zauważyłam, tylko się dziwiłam, że tak relacjonuję, a nikt nie skomentował.

sobota, 3 października 2015

Kafeteria "Powietrzna poczwarka"

Przez pół nocy była burza. Lało, widać było błyskawice i grzmiało. Budziłam się co jakiś czas, ale byłam zadowolona, jak zawsze podczas burzy. Miałam przyjemne wrażenie pozostałe z dawnych lat, że to rytuał przejścia, że rano po burzy budzę się trochę inna i parę spraw potoczy się inaczej. Zobaczymy. Śniło mi się, że byłam w K. i że wszędzie rosły wysokie, stare drzewa, jak jeszcze powiedzmy piętnaście lat temu. Szłam nad staw, patrzyłam na akacje i leszczyny i wydawało mi się, że podrzucam małe powietrzne poczwarki. Czytam właśnie "1Q84" i parę motywów po mnie chodzi, bo są czasem zbieżne z tym, co mam w głowie. Kilka dni temu byliśmy ze znajomymi na górze nad miastem i patrzyliśmy na fajerwerki. Z góry morze wygląda, jakby było ścianą ponad linią miasta i jakby się o dziwo nie przelewało przez wybrzeże. Kiedy robi się ciemno, nie widać już wody, tylko linię świateł miast. Wtedy po chwili dostrzega się statki powietrzne wysoko nad linią horyzontu. To dziwne. Zwykle myślałam, że to Symfonia  Mórz, a teraz uznałam, że to powietrzne poczwarki.

Właśnie prawie spaliłam kafeterię, tzn. makinetkę, tj. maszynkę do robienia kawy na gazie. Nie wiem, jak się ją jeszcze nazywa w różnych częściach kraju.

*(Nie do końca jestem pewna, czy podoba mi się to, jak ta książka jest napisana, czasem mnie denerwuje, bo mam wrażenie, że jest napchana pseudosymbolami, które nic nie znaczą, ale czytelnik się zastanawia. Na gruncie polskim robi to Olga Tokarczuk. Ale może to też jest dobre, tylko ja o tym nie wiem. W każdym nadal przyjemnie mi się czyta mimo zdarzającej się irytacji.)