niedziela, 25 września 2011

Ostatnie jesienne śniadania na trawie







P.S. Robię właśnie jarzębinę w syropie, ale co z tego wynikło (niezawionione śmierci), to następnym razem.

poniedziałek, 19 września 2011

Mgnn czyta blogi wieczorną porą (link). W tekście występuje osoba znana jako Ksiądz Sowa.
Mgnn: (w zamyśleniu) - Ksiądz Sowa? Kto to, (...), jest ksiądz sowa? To coś jak kobieta-jeleń?


wtorek, 6 września 2011

W słońcu i we mgle

Budzik zadzwonił o dziewiątej. M. wstała, nie zastanawiając się wiele; nigdy nie myślała przesadnie dużo o poranku. Początkowo zamierzała tylko napić się i wrócić do snu, nawet nie wiem, co mi się śniło, ale było zupełnie przyjemnie, pomyślała, jednak po kilku łykach mleka skusiła się też na kawałek eksperymentalnej szarlotki z wczoraj, z której o dziwo nieco wywietrzała soda oczyszczona dodana w zbyt dużej ilości. Nadal nie była to szarlotka idealna na słoneczny wrześniowy poranek, ale i tak pasowała. M. odkroiła kawałek i nastawiła czajnik na kawę. Otworzyła drzwi na drewniany taras bez barierki - barierkę zrobię w przyszłym roku, pomyślała - po czym wytargała nań fotel i usiadła, żeby wygrzewać się na słońcu. Dopiero co przyszło lato, i to jesienne w swej wymowie, M. najbardziej lubiła ten kawałek lata, kiedy wszystko zaczynało nieznacznie, ale niepodważalnie i nieuchronnie żółknąć, a słońce miało specyficzną barwę i kąt padania, jakiego nabiera gdzieś w ostatnich dniach sierpnia. Tak, lipiec to zwykle okres szaleństwa i włóczenia się nie wiadomo, gdzie, przy dużej dozie szczęścia po białych kamieniach gdzieś na południu, sierpień to czas na jakąś pracę w obrębie tzw. życia, a później zaczynają się poranki we mgle, zachody słońca we mgle, snująca się mgła końca lata. M. widziała wczoraj czerwone słońce zachodzące nad polem, które czasem widuje też w mieście, jak zachodzi nad ulicą D. Posiedziała jeszcze kilka minut z zamkniętymi oczami, odwrócona do słońca, po czym przelała wodę z czajnika do blaszanego kubka, postawiła na gazie, gdy zawrzało, wsypała kawę i jeszcze raz zagotowała. Kubek był kremowy i miał co najmniej dwadzieścia lat, pamiętała go jeszcze z czasów, gdy zamieszkali w domu pod lasem, a rok miał zero na końcu i brzmiał znacząco. Kawę przelała do kubka w żółte kropki, był czerwony i dostała go kiedyś od G. Pewnie G. ucieszyłby się, że teraz siedzi na swoim drewnianym tarasie zbitym tego lata z desek znalezionych na strychu i pije kawę w tym kubku. Pije kawę, mruży oczy w słońcu i sięga po książkę, czyta dwadzieścia stron i nie myśli wciąż o śniadaniu. Nie po to są słodko-gorzkie poranki przed początkiem jesieni, żeby jeść śniadania, M. raczej myśli, jak dobrze jest siedzieć w cichym domu, w którym nic się jeszcze nie dzieje, i słuchać dźwięków idących znad pola. Tak, weszła do środka na chwilę, wzięła aparat i zrobiła kolejne zdjęcie kota w choinkach. Siedzi dalej na fotelu w słońcu, czyta, lekki trzask otwieranego okna - Hella wstała. Nowy dzień.

poniedziałek, 5 września 2011

Szarlotta eksperymentalna - początki



Wieśmak

Podróżuję sobie tradycyjnie po wsi i okolicach, odpoczywając od prac domowych, remontowych, ogrodowych i pisemnych. Natomiast dziś trasa do chałupy trwała dwie godziny, ponieważ oprócz tradycyjnych usterek ekskluzywny metalizowanobordowy polonez wykazał się gwałtownym zagotowaniem wody w chłodnicy, co doprowadziło również do powstania małej uroczej dziurki w tejże chłodnicy, żeby woda mogła sobie radośnie uciekać bulgocząc, a w momencie krytycznym - lecąc wielkim pary strumieniem na stronę prawą (to od razu wzbudziło mój niepokój).

Dlatego też wraz z Hellą odbyłyśmy podróż przerywaną, podczas której zwiedziliśmy nowe tereny - jechałyśmy drogą okrężną, gdyż zamierzałam zawieźć CV w wyjątkowo obiecujące miejsce, ale po kolejnym przystanku skonstatowałam, że jestem zbyt mokra i wściekła, żeby coś gdzieś zanosić.

Spotkaliśmy nowych ludzi - pani, u której dolewaliśmy wody do chłodnicy, była bardzo miła. Pierwszą wodę kupiłam w sklepie spożywczym, ale ostatecznie wlałam jej chyba dziesięć litrów, więc zdobywając całą drogą kupna mocno bym nadwyrężyła moją pustą portmonetkę.

Kiedy byłyśmy 400 metrów od naszego podwórka, samochód zaczął chrzęścić, kaszlać i podskakiwać niezdrowo, a w odległości 100 metrów zgasł. Siłą rozpędu dojechałam pod bramę, po czym wyrzuciłam ziejące koty z kosza (nie wspomniałam, że podróżowały z nami koty? więc podróżowały, dwa, i przeżywały drogę gorzej, niż my) i wepchnęłam wyrzucający wodę i kłęby pary samochód na podwórko.

Całe szczęście, że jestem gruba i silna, mimo, że nawet schudłam tego lata.
Uspokoiłam się po spożyciu 400g żelek o smaku brzoskwiniowym, tj. zjadłam 2/3, zrobiło mi się niedobrze i resztę zjadłam po jakimś czasie. Dwie żelki wzięła Hella.

Teraz planujemy zakopać poloneza w ogródku, żeby więcej nie musieć go oglądać, i tak przegląd i ubezpieczenie kończą się w tym miesiącu wraz z latem.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Jeśli letnią nocą podróżny

Zamierzałam poruszyć trzy tematy.

Po pierwsze, przedwczoraj po raz pierwszy zobaczyłam spadającą gwiazdę. Szłam z O. dróżką z K.Kolonii i nagle spadła. Daję słowo - nigdy wcześniej nie widziałam. Wytężałam wzrok ileś razy i czekałam w latach ubiegłych, ale zwykle wypatrywałam tylko samochody jeżdżące po górach albo samoloty (w zależności od okoliczności przyrody). A tu akurat zagrzebałam w piasku niedopałek, poszłam dalej i jest - kiedy już zapomniałam o tym, że w sierpniu gwiazdy spadają.

Ważnym uzupełnieniem powinno być, że zrozumiałam dopiero niedawno, że to nie gwiazdy spadają, a meteoryty, bo jakby gwiazda spadła naprawdę, to by już dawno nas nie było, albo i coś gorszego - S. mówił, ale nie wiem, czy dobrze pamiętam. To mi również uświadomiło, choć pewna nie jestem, że gwiazdy mogą spadać nie tylko w dół, jako że wbrew pozorom wcale nie są zawieszone na tym suficie pod kopułą, jak mi się zwykle wydaje, bo używam wyobraźni estetycznej, a nie racjonalnej. Z tego samego powodu widząc mapę świata wyobrażam sobie, że na lewo od Ameryk i na prawo od Japonii z Nową Zelandią są krawędzie i tam woda zlewa się w nieokreślony dół w pustkę. Kiedy zobaczyłam mapę świata z Australią w centrum, byłam jeszcze bardziej zachwycona.

Po drugie nie zeskanowałam starych zdjęć, ale za to przy okazji grzebania na strychu dostałam encyklopedię z 1909 roku oraz poradnik domowego lecznictwa przyrodnego (?) z rozkładanymi rysunkami tego, co ma człowiek na zewnątrz, w środku oraz bardziej w środku, przy czym rozkładana pani zaginęła, a pan jest w szmacianych majtkach. Na strychu jest mnóstwo skarbów, choć część z nich trzeba będzie spalić, bo zwykle są książkami ze stęchlizną, pokrytymi centymetrami kurzu siennikami sprzed wojny, ubraniami z lat 70.

Zapomniałam, co miało być trzecim tematem, więc dodam, że ze spraw inspirujących to zatchnęłam się nalewką bursztynową z czystego spirytusu, a wczoraj widziałam, jak K. bez jakiegokolwiek wzruszenia wyrzuciła świeżą mysz przetrąconą przez pułapkę.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Kartoszka Free

Zainspirowana oszczędnością rozpływam się nad możliwościami ziemniaków. Wszechstronność kartoszki uderzyła mnie już kiedyś, gdy po roku kuchni śródziemnomorskiej na Kosta Brawa odkryłam, że te przebrzydłe kartofle mogą smakować. Później znowu o nich zapomniałam, lecz teraz, znajdując się na wywczasie pomiędzy starą pracą, studiami, Ljubljaną a nową pracą, studiami i inną Nibylandią, doceniam smak pyrek na nowo. (Próba użycia regionalizmu, którego nigdy nie potrafiłam zastosować.)
Kartoszka tworzy obiad niesłychanie prosty i błyskawiczny w przygotowaniu. Wiem, że odkryłam amerykę, jednakże myślę, że takie odkrycia powinny być umieszczane na pierwszych stronach poradników typu "Jak przeżyć na studiach" oraz "Kuchnia studencka". Dziwię się swoją drogą, że jeszcze nigdy "Kuchni studenckiej" nie widziałam. Wracając do sedna - oszczędzam. Nie jest to dla mnie stan nowy ani straszny, więc mam wiele uciechy z wszelkich okazji i promocji, a tym bardziej nowo odkrytych sposobów na dobre i tanie jedzenie. Ziemniaki wystarczy obrać, polać oliwą, posypać przyprawami, upiec w piekarniku z cebulą i zjeść. Jajko sadzone dodatkiem znacznie wzbogacającym wielość doznań smakowych.
Druga refleksja, którą się chciałam z Państwem podzielić, dotyczy mieszkania samemu (samej) bądź w pojedynkę. Otóż od miesiąca ponad prawie nie mieszkam z moją siostrą; najpierw byłam w Słowenii, później zamieszkałam na wsi, na dodatek teraz jeszcze ona wyjechała do jakiejś puszczy nad jeziorem. Wniosek jest taki, że z rodziną rozmawia się dobrze tylko na zdjęciach, a nam odpoczynek od siebie dobrze zrobi, wtedy nawet miło jest czasem porozmawiać, a główny wątek nie dotyczy DLACZEGO ZNOWU NIE POSPRZĄTAŁAŚ W KUCHNI. Zostałam co prawda matką kotom, jednak za cenę mienia całego mieszkadła dla siebie mogę znacznie więcej. (Z możliwości to mogę teraz również zapalić czasem w kuchni, co jest złe, ale szybko się wietrzy.)
P.S. Bywszy w rozjazdach (było super, gdybym umiała pisać relacje, to by była) zostawiłam koty z brytfanną wody i dozownikiem do karmy od Leni - działa! Koty dziękują Leni.