niedziela, 7 kwietnia 2013

Na końcu jest o szukaniu jeziora w lesie

Zastanawiam się, czy lepiej pisać, mimo że nie mam nic ciekawego do powiedzenia, czy siedzieć cicho.
Właściwie to nad czym ja się zastanawiam.

Miałam napisać coś o śniegu i skrzeczących kotach, ale chodziło mi to po głowie parę dni temu w okolicach garażu i niestety zapomniałam szczegółów. Jeśli chodzi o podobne nastroje, to wczoraj wracałam do domu przez zasypane śniegiem pola, klnąc i odganiając wrażenie, że jest jakiś styczeń w latach sześćdziesiątych. Może dlatego, że ta droga w latach 60. wyglądała prawie tak samo. Pomijam oczywisty fakt, że nasz kwiecień przypomina styczeń. Nie chciało mi się czekać godziny na nieistniejącym Dworcu Fabrycznym, więc dojechałam do wsi dwie wsie od domu i pojszłam. Droga gmino! Nie, nie ma po co odśnieżać dróżek ni chodników na wsi, przecież nikt nimi nie chodzi. Wiosna to też przeżytek i zbytek, pewnie faktycznie słońce zgasło, będzie zlodowacenie i wszyscy umrzemy. Z głodu i pozabijania się nawzajem, będzie z nas coś pomiędzy walking dead a winter is coming.

O czym to ja?

Dostałam dziś standardowego niedzielnego napadu szału. Miałam cały dzień robić zaległe i nawarstwione tłumaczenia, poległam po dwóch stronach i przerzuciłam się na sprzątanie i ogólne kurzodomowienie. Pozmywałam, odkurzałam, umyłam podłogi, spaliłam stare kartony, wrzuciłam do pieca stare ubrania, odłożyłam gazety na makulaturę, podlałam kwiaty, pochowałam do szafek wszystkie przedmioty uparcie stojące na wierzchu. Jeszcze tylko test białej rękawiczki i byłabym j***ą perfekcyjną panią domu. Przestałam dopiero, gdy wpadła A. po dziwne książki do pracy, a jej tata zabrał reklamówkę książek religijnych O., które jako jedne z wielu zostały przeznaczone do puszczenia w świat.

Tłumaczenia dalej leżą. Jeśli uda mi się w tym roku skończyć te studia, pracując jednocześnie w dwóch miejscach, to będzie prawdziwy cud. Może również po jakimś czasie jakaś moja praca stanie się robotą w miarę na stałe, a może nie i będę miała po raz kolejny mnóstwo wolnych chwil i czasu dla siebie, co - o dziwo - potrafi mnie zwykle cieszyć mimo biedy bezrobocia. I tak za jakiś czas przestanę być korektorko (prawda, że moje przecinki mają się dużo lepiej?) i zostanę tylko biurwo - szczęśliwi inni, nie ja, którzy majo umowę na stałe. Nieszczęśliwi ci, którzy i tak mają gorzej. Tak mi się podoba korekta i skład, ostatnio wstawiałam do podręczników zdjęcia najładniejszych kur, jakie w życiu widziałam. Do znalezienia czegoś sensowniejszego będę musiała zajmować się komercjalizacją i innym pi***eniem. Nienawidzę w życiu wszystkiego, co mówi, jak opchnąć ludziom jak najwięcej czegoś, jak sprzedać, komercjalizować, wytworzyć w ludziach potrzebę, normalnie rzygać mi się chce. Nie, nie sprzedaję niczego, tylko jestem także panią z dziekanatu na studiach tego typu. Na szczęście mam w wikendy darmowe obiady i ciastka, poza tym wykradam wody mineralne i skserowałam książkę na kserze uniwersyteckim.

Tak, tak. Powinnam teraz odwalać studia, więc pewnie jeszcze coś napiszę. Myślałam, żeby napisać o szukaniu wioski na mieście; jak ostatnio szukaliśmy, to z B. i A. znajszliśmy zamiast wiosny zamarznięte jezioro, ale i tak było fajnie. To było w Poznaniu. Innego zaś (letniego) dnia znalazłam w mojej wsi jezioro w lesie, ale później nigdy nie mogłam do niego trafić. Niektórzy się ze mnie śmiali, że je sobie wymyśliłam, ale wcale tak nie było. Byłabym znalazła, ale jak ostatnio poszliśmy z S. szukać, to zrobiło się ciemno i za bardzo się bałam w lesie, przez co powiedziałam S., że nie obchodzi mnie już jezioro i że wracamy. 

wtorek, 2 kwietnia 2013

Nachalna promocja

Niezbyt dużo tu piszę. Trochę się formuła wyczerpała, jak to kiedyś ktoś powiedział, poza tym za dużo wytwarzam i przetwarzam w pracy oraz na zajęciach. Pomyślałam jednak, że wkleję namiar na m.in. werandę, na której spędzam sporo czasu.

http://glebokidekolt.pl/  <----- TU KLIKNIJ ===!!!=== PROMOCJA==---> Głęboki dekolt - rozmowy przy kawie

niedziela, 17 marca 2013

Jesień, zima

Maganuna nastawiła czajnik na herbatę i zapaliła papierosa, żeby ukradkiem palić go nad piecem kuchennym. Cały dym szybko znikał pod półotwartą fajerką i M. z przyjemnościa patrzyła na jego ruch, przypominając sobie, że widywała to w dzieciństwie i wtedy też ją to ciekawiło. Teraz patrzyła jak zahipnotyzowana. "A ponoć z wiekiem coraz mniej rzeczy człowieka zachwyca", pomyślała. Było w tym sporo prawdy, jednak często zauważała ze zdziwieniem, że zwykłe rzeczy i czynności sprawiają jej przyjemność. Nie potrzebowała palić papierosów, ale podobał jej się dym. Potrafiła zapalić i patrzeć, jak papieros tli się na popielniczce, zmieniając się w szarą gąsienicę popiołu. To też było ładne. Kiedyś nie lubiła palaczy i wszystkiego, co z nimi związane, teraz przyszło jej do głowy, że garści pachnącego tytoniu mogłaby zaszyć w poduszeczce i trzymać w kieszeni kurtki, żeby nim pachniała. Rzeczy, czynności, zapachy. Poranki lubiła najbardziej, ale wtedy nie myślała nawet o papierosach. "Widocznie nie jestem uzależniona", myślała radośnie i piła dwie kawy, bo jedna to za mało.  - Ty zawsze byłaś zachłanna - powiedziała już parę lat temu jej matka. Poranna kawa to rytuał, tak powinna być zawsze traktowana. Jeżeli ktoś chce się tylko obudzić, niech pije herbatę i napoje z kofeiną. Latem M. mogła wyjść z kawą na werandę i wyobrażać sobie, że żyje w książce. Zbierała przedmioty, które tworzyły atmosferę początków ubiegłego wieku, a M., chociaż nie chciałaby zyć w tamtych czasach, z przyjemnością wchodziła do domu pełnego imbryków do kawy, małych filiżanek, patrzyła na półkę z samowarem, z kubkami w karciane wzory i z pozłacanymi uszkami. Przedmioty nie miały specjalnej wartości materialnej, ale były Przyjemnością, były też dzianiem się i czynnościami. Przypominała sobie w letnie poranki, że najlepiej na werandzie z kimś rogaliki jeść, zwykle jednak siedziała sama, bo szła do pracy na późniejszą godzinę. Lubiła te chwile, kiedy była rano zupełnie sama, w końcu jak miło jest nie musiać przejmować się niczym i być piciem kawy, słuchaniem muzyki.

niedziela, 10 marca 2013

Biegun Łódzki-Wschodni

Włączyłam w przypływie ponurych myśli radio. Siedzę trzeci dzień zasypana na końcu świata, bo przecież jak już wrócę do domu w piątek po pracy, to nie wyjdę nawet do sklepu, bo napadało śniegu do obrzydzenia. Włączyłam - mimo że nienawidzę radia - bo koty mało mówią, a ja trochę szaleję sama; mam niby pisać, więc sprzątam strych, S. chory daleko w tajemniczej krainie za polem ziemniaków ("z dalekiego kraju Gar-Deroby, gdzie panuje wieczne lato wokół prześwietnego miasta Staraszafa"). Walcząc z dygresją: w radio mówią, że NA PÓŁNOCY POLSKI NAWRÓT ZIMY! Na Północy! Winter is coming! Od kilku dni zastanawiam się, czy to zlodowacenie, a oni mówią, że nawrót na północy. Dotychczas myślałam, że mieszkam aktualnie w płaskiej Polsce Środkowej, ale chyba to przeklęta północ. Żeby nie być gołosłowną, załączam zdjęcia poglądowe:





środa, 20 lutego 2013

Я

Porośnięta szła przez ziemię
Porastało ludzkie plemię
Porastała pod niebiosy
Rozwłoszone włosząc włosy

Porośnięta szła
szła
szła

słuchając żydowskich pieśni, patrząc na cerkiew w słońcu, później słuchając tureckich piosenek, nadal w słońcu. Miła droga do pracy. Śnieg leży uparcie, przynajmniej jest czysty - spadła temperatura.
Nie mogę się doczekać, aż będzie cieplej i po pracy będę mogła się rzucać w wir pracy w ogródku. Zasieję pomidory, dynie, marzę o kabaczkach. Poza tym będę wtedy wracała do domu w dzień, a nie w nocy.

* * *

Cholerny świat, przeklęty śnieg, klęła M., podnosząc się z ziemi. Jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. Ubrała się ładnie w pożyczone ubrania, bo miała podstępnie iść w przerwie w pracy na rozmowę kwalifikacyjną, a jak należy wyglądać nienagannie, to zwykle jest ślisko i się wyrżnąwszy na błotolodzie. Należy obetrzeć ręce, chroniąc spodnie. Po rozmowie pracodawca się nie odezwawszy do tych czas.

* * *

- Skąd masz samowar?! - zapytała O.
- Я добыла. - powiedziała M.- Spełnia wszystkie moje oczekiwania wobec rzeczy przepięknych, jest kolorowy, złocony i w kwiaty, na dodatek jest ze wschodu. A. przywiozłago ze swojego dzieciństwa spędzonego w Moskwie. Będziemy robić herbatę.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Jestę redaktorko

Wyszłam dziś z domu wcześnie rano. Przebiegłam żwawo przez zaśnieżone na nowo podwórko, tym razem uważając, żeby nie poślizgnąć się i nie runąć w błoto, jak rano tego dnia, gdy biegłam na rozmowę kwalifikacyjną w pożyczonym eleganckim ubranku. Wyjrzałam szybko zza bramy, autobus nie jechał, więc uspokojona poprawiłam czapkę i spokojnym krokiem ruszyłam w stronę przystanku. Psy spokojnie szczekały dupami, a słońce wschodziło na zachodzie, jak to u nas bywa o wczesnych porach.

Nieokreśloną ilość czasu później ocknęłam się w Łodzi. Niewiele się zmieniło względem wsi, jedynie budynki były bardziej zniszczone. Poszłam do pracy.

Nie jestem pewna, czy lubię pracować. Z jednej strony moje życie zyskuje stały rytm, z drugiej zaś najbardziej lubię w nim wyglądać przez okno, pijąc herbatę. W pracy, gdzie wszystko ma być zrobione na wczoraj, żeby dwie godziny temu poszło do druku, niekoniecznie mam możliwość realizowania tego modelu. Plusem jest też, że dużo się uczę. Głównym plusem jest to, że dostaję za pracę pieniądze. Pieniędzy nigdy nie za wiele, a zwykle za mało. Na nowe okna i tak nie odłożę. Ale nic to, zostało mi jeszcze trochę książek do sprzedania.

Po tej przedpołudniowej refleksji wracam do korekt i składów.

Czekam na wypłatę, będę mogła wreszcie oddać do naprawy maszynę do szycia.
C.d.n.

*UPDATE*
ja w pracy, wyjątkowo nie w garsonce i żakiecie:

piątek, 21 grudnia 2012

nie wyjechałam się zadręczać

nie przyjechałam się zadręczać
nie wyjechałam się udręczać
nie pojechałam się zadręczać
nie przyjechałam się udręczać
nie wyjechałam się zadręczać
nie pojechałam się udręczać