W ciągu zeszłego miesiąca doprowadziłam się do niemal-załamania. (Nie tylko ja zresztą.) Nabrałam zleceń, za dużo, po czym dostałam zapalenia maganuny, głównie psychicznego, gorszego od tego objawiającego się rzuceniem choinką przed świętami. Po prostu odechciało mi się wszystkiego i przestałam robić cokolwiek, by w nocy przed tzw. dedlajnem oszaleć z nerwów i zrobić. Mówiłam wiele razy znajomej pracoholiczce, że tak nie wolno, bo to szkodliwe i co to za szycie, jak siedzi się i płacze nad pracą, a potem sama tak zrobiłam. Koniec końców może i dobrze, że zrobiłam więcej, bo zlecenia chwilowo nie spływają dalej. Ale tak samo mówiła znajoma pracoholiczka.
Widzicie, jak ohydnie praca weszła w moje pokrzepiające narracje MGNN? Odrażające. Nie może tak być.
Dlatego na razie lekceważę wszystkie obowiązujące mnie prace i idę kłaść wełnę mineralną między legary podłogi w salonie. Powoli zaczyna się wiosna (może to przedwiośnie?). Chcę sobie przypomnieć, że lubię żyć i że jest masa rzeczy, które lubię robić, zamiast stresowania się i robienia bzdur. Dorosłe życie to nie jest moja specjalność.
No i kupiliśmy po dwudziestu pięciu latach nową kuchenkę i materace!!! Szok i niedowierzanie!
Poza tym O. wypatrzyła w domu szatkownicę do kapusty, którą w ramach zbierania ważnych Rzeczy przywiozłam z K., ale nic nie powiedziała, tj. powiedziała "o, szatkownica do kapusty", nie krytykując, co znowu przywiozłam. Zamierzam na przyszłym poddaszu (które nadal jest podejrzanym strychem) zrobić Pokój Rzeczy, gdzie z piedestałem będą siedzieć wszystkie szatkownice do kapusty, pralki ręczne, lampy, stare meble, stare zasłonki, stare wszystko, a ja będę wchodzić do tego pokoju i zażywać uspokojenia, że nie wszystko znika pochłaniane przez czas i nie wszystko zniknęło dawno temu na zawsze. Rzeczy mi pozwalają zagłuszyć niepokój.