wtorek, 3 sierpnia 2010

Child in time

Mój nieboszczyk ojciec przyjechał z Litwy i widziałam się z nim dziś przez chwilę. To chyba jego debiut w przestrzeni wirtualnej jako postaci. Przywiózł czarny chleb i cukierki, takie same, jak zawsze (z makiem, Zła Babka też zawsze takie przywozi). Cukierki już zjadłam, wszystkie, ale zostały na zdjęciu. Obiecał również ręcznie robioną narzutę sprzed 50 lat.

Boszczyk ojciec oznajmił, że ma jutro 38. urodziny, po czym poznałam, że jest w lepszym stanie, niż ostatnio, bo w ogóle pamięta, że ludzie kończą jakieś lata. Znaczy, powinnam może nadmienić, że ma dużo, dużo więcej, niż 38 lat, ale spostrzegawcze czytelniczki płci obojga i tak się tego domyślą. Jakby miał 38 lat, to ja bym była podlotkiem, którym nie jestem (zmarszczki pod oczami i bliżej do trzydziestki).

Dziwne.

Życie.


czarny chleb i czarna kawa
 i jeszcze mi się przypomniało, że na 33. urodziny miał tort z jeżynami ułożonymi w to 33.

nie lubię go, nieboszczka, mimo tych cukierków... a może czasem go lubię, ale nie mogę go znieść?

więc na kolację zjadłam czarny chleb (wschód), popijając gazpacho zrobionym przez O. (południe), i tak się nade mną ścierały różne bieguny, południki i równoleżniki (oraz zwrotniki Raka i Koziorożca).
 

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Turecki salonik

obiecane zdjęcia; znalazłam kabelek:

turecki salonik


środa, 21 lipca 2010

Vengo

Kochany pamiętniczku,

właśnie dojechaliśmy do Barcelony. od dziś Maganuna Kristina Barcelona znów, do odwołania. tym razem przyjechaliśmy samochodem, i po prawie 2,5 tys.km. są dwie strategie prowadzenia auta:

1. do usranej śmierci
2. aż oczy wypadną

Z. obrała obydwie, po czym wydała na parkingu gdzieś okrzyk grozy zakrywając twarz dłońmi, bo biegło na nią coś strasznego i czarnego, czyli jej cień.

poza tym
a poza tym mózg został gdzieś po drodze za Avignonem.

czwartek, 15 lipca 2010

Wietrzenie lisów

Otóż, drogi pamiętniczku, wciąż jesteśmy w trakcie letnich porządków. Nie służy to moim nerwom, gdyż wyszedłszy wczoraj przed dom dostałam migotania przedsionka z powodu truchła, które zawisło później na ławce w kuchni. Okazało się, że O. znalazła na dnie jakiejś szafki lisa, którego dostała od Prababki Lodzi, i postanowiła go wywietrzyć. Między Bozią a prawdą znalazła jeszcze kołnierz z lisa, ale go wyrzuciła, bo postanowił zrzucić sierść na lato.



Więc lis się wietrzy do teraz, towarzyszył mi również w śniadaniu.

Pamiętam, jak Zła Babka wyciągnęła kiedyś swoje lisy z szafy, pokazała O. i H. i powiedziała do H. "to będzie kiedyś twoje". H. nieomal umarła z zachwytu i szczęścia. Bezcenne. Lisy mają plastikowe oczy i w pyszczku zapięcie, które pozwala wczepić początek w koniec i umieścić na szyi. Nadal nie próbowałam. Może kiedyś dojrzeję.

środa, 14 lipca 2010

letka dezintegracja

Pobiegłam przez zamglony mrok, gdzie stoi twój dom
teraz w nim tylko cisza mieszka

...zadeklamowała z namysłem Mgnn, jednocześnie czując zażenowanie związane ze wspomnieniem teledysku i ogółem "powstałaś taka biała" i zastanawiając się, czy to nie brzmi całkiem nieźle.

-"Chyba jestem jakaś nienormalna"- mruknęła do siebie - "pomyślałam przed chwilą, że nie mogę się doczekać jesieni".

Najbardziej lubię przecież jesień, porę na pająki. I do tej pory praca mgrmgnn się z pewnością już sama dokończy cudownym sposobem! Porosnę kolejnymi rozdziałami jak Anna Csillag włosami. Plus kolejne koncepcje na przyszłość i tego typu atrakcje. Lubię jesień, najbardziej. Lubię krajobrazy rozpadu przed zimą, lubię nowe początki, które w ostatnich latach przychodziły właśnie jesienią, związane z nowymi latami nowych studiow w nowych dziwnych mieszkaniach. Może jestem już na to trochę za stara, ale dam sobie jeszcze około roku na skończenie bonusowych kierunków pt. filologia atrakcyjno-abstrakcyjna.

piątek, 9 lipca 2010

Drogi pamiętniczku,

spędzam właśnie samotny wikend na wsi. Ze samą sobą, więc myślę o życiu, o przeszłości, z której wypływa moja teraźniejszość, o ogrodzie, o podróżach i piosenkach. Zrobiłam nowy salonik w stylu tureckim (inspirowany jak zwykle kawiarniami w Sarajevie); za każdym razem, gdy jadę do letniej rezydencji, ustawiam salonik w innym miejscu. Tym razem jest jednoosobowy. Opiszę go i pokażę na zdjęciu, tak więc: z kuchni O. wybiła drzwi, za którymi planowała zrobić taras, ale nie wyszło, więc jest spora kupa gruzu. Tak zwany poziom gruntu jest z metr albo i nawet półtora poniżej drzwi, więc gruz też usypano wysoko. Mój wkład polegał na tym, że przywlokłam stare drzwi i ustabilizowawszy je cegłami na stercie gruzu przykryłam narzutą na łóżko w stylu pseudo-tureckim. W każdym razie takim, jaki lubi Zła Babka ze Wschodu, wzorzyste czerwone i jak dywan. Na tym postawiłam fotel i okrągły niski stolik, co pokazuje zdjęcie. Dostawiłam świecznik, budzik i kadzidełka, więc jest bardzo przepięknie.

Z zajęć to trochę sprzątałam, paliłam śmiecie, oglądałam pouczający serial pt. Czarodziejka spadła z Księżyca oraz śpiewałam, przez co jestem zachrypnięta, choć lekkie przeziębienie gardła oraz kawałek papierosa Sunday's Fantasy też miały w tym udział. I robiłam dużo nudnych zdjęć zakupionym w Rzeczach Używanych Fotograficznych teleobiektywem.

Teraz zaś robi się chłodno, odstraszam komary kadzidełkiem i myślę o kolacji. Myślę też, że jutrzejsze śniadanie i kawa w moim miniaturowym saloniku na nieistniejącym tarasie to rzeczy, dla których warto żyć.

(Więc szyjmy, póki starczy siły - przerobiłam też na maszynie marynarkę od pani S., i wreszcie nie jest workiem, choć rękawy i kołnierzyk wyszły krzywo.)
(zdjęć na razie nie będzie, bo jednak nie wzięłam kabelka)

poniedziałek, 5 lipca 2010

Powroty do korzeni

Poszłam spać wczoraj po pierwszej w nocy, wypiwszy kakao. Bardzo lubię czas, kiedy inni w domu już lub jeszcze śpią, chyba bardziej ten rano. Jakby można było ukraść dodatkowy czas na życie. Zagotowałam mleko gapiąc się z tuż ponad, aż się prawie sama zagrzałam nad kuchenką, przelałam do kubka w róże i porwałam do przyczepy kempingowej, gdzie jestem na wakacjach. Tamże posłuchałam piosenki 'Don't cry' Guns'n'Roses, której kiedyś nie znosiłam, a teraz jakoś miło mi się kojarzy, potem rozładowała się bakteria w empetrujce. Więc postanowiłam zasnąć, co nie bywa takie łatwe, gdy na dyskotece we wsi obok leci tłuczonka z wątpliwym wokalem pt. jesteś szalona mówię ci. Ostatecznie zasnęłam z kocem na głowie i obudziłam się dopiero, gdy O. zaczęła uderzać w przyczepę, żebym wstała na śniadanie.
Miało być o powrocie do korzeni, ale znów mi się wymknęła główna myśl. C.d.n.

***

przypomniało mi się, co jeszcze chciałam napisać:

"chodzą Śmiercie po słonecznej stronie, trzymający się wzajem za dłonie"

i

"Kiedy las od ukąszeń zmór drzewnych pożółciał, Śnigrobek, błękitnawo zapatrzony w paproć, wędrownie się zazłocił - z dali w dal - po dwakroć, aż się wsnuł do krainy półduchów i półciał."